Poniedziałkowy spacer z Nowicką i Zuzą udał się jak najbardziej. Było strasznie zimno, ale my nie dawaliśmy za wygraną! Trzeba spalić poświąteczne kalorie!
Szliśmy sobie tak w zawiei po centrum miasta i pobliskim parku miejskim i chwaliliśmy się sobie co kto dostał pod choinkę. Nowicka dostała od rodziców nową piżamę, bambosze i perfumy,a no i mnóstwo pieniędzy. Burżuazja to burżuazja. Zuza dostała w prezencie na święta Bożego Narodzenia, najbliższe urodziny, dzień dziecka, święto niepodległości od całej rodziny nową, najprawdziwszą i jak najbardziej jej wiolonczelę! Podniecona była już od wyjścia z autobusu.
-Słuchajcie w życiu nie zgadniecie co dostałam pod choinkę, bo ja bym w życiu nie zgadła! No zgadujcie...- nie dała nam chwili do namysłu i wykrzyczała- wiem, że i tak nie zgadniecie, więc wam powiem. Dostałam nowiuteńką i tylko moją wiolonczelę! Rodzice powiedzieli, że to był duży wydatek i, że nie dostanę przez najbliższy rok nic oprócz jedzenia, ale wytrzymam! Przeraża mnie tylko to, że oni są zdolni do to tego, no wiecie z tym jedzeniem...
-No a ja dostałem kilka książek i...
-Nie no fajnie- skwitowała Zuza.- Bo wiecie ta moja nowa wiolonczela...
-Przestań cholera jasna pierniczyć o tej wiolonczeli, bo są tematy ważniejsze!- Nowicka najwidoczniej już nie wytrzymywała!
-W ogóle nie jesteś czuła na innych i chyba ty mi zazdrościsz!- powiedziała z wielkim żalem i złością Zuza
-Wiolonczela, wiolonczela... super! Strasznie ci zazdroszczę, ale teraz przejdźmy do Sylwestra. Bo ja nie wiem co ja mam robić! Maciek mnie zaprosił na domówkę do siebie na wioskę, Erwin zaproponował mi Sylwestra we Wrocławiu, a ten Tomek, ach Tomek... On to mnie zaprosił to tej nowego Clubu "Eight". No i co ja mam robić? Cała trójka fajna...
-Powiem krótko. Na domówkę do Maćka nie idź, bo facetom chodzi tylko o jedno i na pewno Cię zgwałci! Wrocław może kuszący, ale na noc pewnie wylądujecie gdzieś na jakiejś melinie, nie wiadomo u kogo. Idź do "Eight". Jak ci się nie będzie podobać zawsze możesz zmienić towarzystwo, albo wrócić do domu. Tylko pilnuj drinka czy czegoś tam, żeby ci czegoś tam nie wsypali, bo mojego kolegi, koleżanki znajoma to była w...
Zuza wczuła się w rolę troskliwej i opiekuńczej "mateczki".
-Masz rację Zuza. Tak też zrobię. Tylko co ja na siebie ubiorę? Że też ten cholerny Kamil zostawił mnie teraz, a mieliśmy jechać nad morze!
Kiedy poszliśmy na autobus powrotny na przystanku siedziała romantyczna para obściskiwała się i całowała namiętnie. Nowicka próbowała nie zwracać na nich uwagi zagadując nas, ale jej niedawno bardzo zranione, a jakże krwawiące serce dawało o sobie znać. Para nie zwracała na nas uwagi. Dziewczyna usiadła okrakiem na chłopaku i dalej się namiętnie całowali, a on "masował" jej plecy pod kurtką. Nowicka nie wytrzymała, podeszła do namiętnej pary i zaczęła grzecznie:
-Przepraszam, bo ja.., przepraszam...
Para nawet nie zauważyła mojej zranionej z krwawiącym sercem koleżanki i wciąż oddawała się poprzednim czynnościom.
-Przepraszam, halo! Czy wy mnie cholera jasna słyszycie?- powiedziała już dużo mniej grzecznie Nowicka.
dziewczyna oderwała się od ust chłopaka dość niechętnie i bardzo zła, ze ktoś im przeszkadza w celebrowaniu ich miłości rzuciła chamskie:
-Czego?
-Czego?! To ja się pytam czego? Czy wy przepraszam nie macie domu?
-O co ci laska chodzi- ciągnęła dalej niemiło oddana miłości niewiasta.
-O co mi chodzi? Patrzcie ją! jak zaraz nie przestaniecie się lizać w miejscu publicznym to albo zadzwonię na policję, albo przypierniczę ci w twój wyszczekany ryj! Jeszcze brakowało, żeby sex tu uprawiać zaczęli. Jeszcze czego! Czy wy nie możecie uszanować i zważyć na to, ze ktoś nie ma ochoty oglądać waszych obściskiwać i macań?
-Laska wrzuć na luz! Spoko! Nie pasuje ci to idziemy! Chodź misiu, bo ona jest jakaś psychiczna!
Para wstała i wielce dumni przeszli na ławkę obok przystanku gdzie usiedli i kontynuowali to, co przerwała im bezczelna Nowicka.
-No zaraz wstanę i przydzwonię jej...- burzyła się dalej zraniona z krwawiącym sercem i już niekoniecznie niegrzecznie.
-Daj spokój Nowicka! Oddychaj, raz, dwa, trzy, spokojnie... nie denerwuj się! Już poszli sobie, a my jedziemy do mnie do domu, na herbatę, spokojnie...- uspokajała najspokojniejsza Zuza.
-Jakie spokój, Zuza?! Ja dzwonie na policję! derkacz jaki jest numer, bo ja nie wytrzymam!
Na nasze, Nowickiej i romantycznych kochanków szczęście przyjechał nasz autobus, do którego wsiedliśmy, a zraniona koleżanka z krwawiącym sercem i trzęsącymi ze zdenerwowania rękami wsiadła do autobusu i przeżywała później jeszcze cały wieczór ten incydent.
środa, 30 grudnia 2009
piątek, 25 grudnia 2009
Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy!
Wigilia klasowa była dość, dość...
Stół uginał się od wielu potraw. Dziewięć rodzajów ciast, barszcz, uszka zrobione przez Owcę, barszcz Zuzy, sałatki, orzechy, daktyle... Była nawet kutia! Poszaleli! Przyszli się nażreć, czy co?
Nasza dbająca o czas wychowawczyni przeznaczyła na mowę dziękczynno-życzeniową dokładnie 5 minut. Och- ów i ach- ów nie było końca. Za wigilię, za oceny, za frekwencję, za zachowanie itp., itd.
Życzenia dość dziwne! Ludziom wydaje się, że jeżeli poszedłeś na kilka prób szkolnego chóru, czy kilka razy powiedziałeś coś śmiesznego to nie pozostaje im nic innego jak z okazji świąt życzyć ci świetnego śpiewania w chórze i żebyś był tak samo zabawny jak dotychczas! Wydaje mi się, że jeszcze za mało się znamy. Chociaż z drugiej strony Nowicka życzyła mi dużo seksu i fajnej laski.
Kiedy przyszła kolej na prezenty Owca poderwała się z miejsca, włożyła czapkę Mikołaja na głowę i zaczęła skakać w kółko, krzycząc: "teraz ja, teraz ja! Prezenty!".
I dziwadło zaczęło rozdawać prezenty. Niestety nikt nie otrzymał swojego bez zaśpiewania kolędy lub powiedzenia jakiegoś ładnego wierszyka. Czułem się jak w przedszkolu!
Owca bardzo się ucieszyła z gwiazdkowych kolczyków jakby zupełnie nie wiedziała co dostanie na mikołajki.
Ja z prezentu także się ucieszyłem. Już po rozpakowaniu wiedziałem, że robiła mi go Nowicka. Dostałem książkę "Jedenaście minut", pełną seksu, prostytucji, wyuzdania i perwersji. I do tego ten liścik: "Niech życie Marii będzie natchnieniem dla Twojego:P Święty Mikołaj:)"
Domowa Wigilia upłynęła pod znakiem hałasu, harmidru, krzyków i przechwałek typu: "A moja Jola to już po pół roku w Szkole Muzycznej gry na skrzypcach dostała najtrudniejsze utwory". Trudno o coś innego jak na powierzchni 64 metrów kwadratowych zbierze się 20 niekoniecznie lubiących się osób. Jednak moja mama dochodzi do wniosków, że święta bez całej rodziny, to nie święta! Przy opłatku życzono mi standardowo powodzenia w szkole, zdanej matury (skończcie wy wszyscy do cholery z tą maturą!) i miłości. Kuzyni przed całą Wigilię spędzili przed moim komputerem. Natomiast kuzynki spędziły na przechwalaniu się która jest lepsza z piosenkami i gadżetami Hanny Montany w tle.
Czy w Waszych domach też podczas Wigilia to pretekst do wypicia hektolitrów alkoholu? Bo u mnie to już chyba tradycja! A z innych tradycji to przede wszystkim Kevin sam w domu i w Nowym Jorku. Toż to podstawa!
A, bo dzisiaj Boże Narodzenie. Więc wszystkiego najlepszego! Koleżanka powiedziała zauważyła słusznie, że zazwyczaj życzy się ludziom tego co cię samemu chce usłyszeć, więc życzę Wam owocnych dni spędzonych w szkole, sukcesów miłosnych, cierpliwości do kobiet (szczególnie do Zuzy i Nowickiej) i dużo przyjaźni:)
Stół uginał się od wielu potraw. Dziewięć rodzajów ciast, barszcz, uszka zrobione przez Owcę, barszcz Zuzy, sałatki, orzechy, daktyle... Była nawet kutia! Poszaleli! Przyszli się nażreć, czy co?
Nasza dbająca o czas wychowawczyni przeznaczyła na mowę dziękczynno-życzeniową dokładnie 5 minut. Och- ów i ach- ów nie było końca. Za wigilię, za oceny, za frekwencję, za zachowanie itp., itd.
Życzenia dość dziwne! Ludziom wydaje się, że jeżeli poszedłeś na kilka prób szkolnego chóru, czy kilka razy powiedziałeś coś śmiesznego to nie pozostaje im nic innego jak z okazji świąt życzyć ci świetnego śpiewania w chórze i żebyś był tak samo zabawny jak dotychczas! Wydaje mi się, że jeszcze za mało się znamy. Chociaż z drugiej strony Nowicka życzyła mi dużo seksu i fajnej laski.
Kiedy przyszła kolej na prezenty Owca poderwała się z miejsca, włożyła czapkę Mikołaja na głowę i zaczęła skakać w kółko, krzycząc: "teraz ja, teraz ja! Prezenty!".
I dziwadło zaczęło rozdawać prezenty. Niestety nikt nie otrzymał swojego bez zaśpiewania kolędy lub powiedzenia jakiegoś ładnego wierszyka. Czułem się jak w przedszkolu!
Owca bardzo się ucieszyła z gwiazdkowych kolczyków jakby zupełnie nie wiedziała co dostanie na mikołajki.
Ja z prezentu także się ucieszyłem. Już po rozpakowaniu wiedziałem, że robiła mi go Nowicka. Dostałem książkę "Jedenaście minut", pełną seksu, prostytucji, wyuzdania i perwersji. I do tego ten liścik: "Niech życie Marii będzie natchnieniem dla Twojego:P Święty Mikołaj:)"
Domowa Wigilia upłynęła pod znakiem hałasu, harmidru, krzyków i przechwałek typu: "A moja Jola to już po pół roku w Szkole Muzycznej gry na skrzypcach dostała najtrudniejsze utwory". Trudno o coś innego jak na powierzchni 64 metrów kwadratowych zbierze się 20 niekoniecznie lubiących się osób. Jednak moja mama dochodzi do wniosków, że święta bez całej rodziny, to nie święta! Przy opłatku życzono mi standardowo powodzenia w szkole, zdanej matury (skończcie wy wszyscy do cholery z tą maturą!) i miłości. Kuzyni przed całą Wigilię spędzili przed moim komputerem. Natomiast kuzynki spędziły na przechwalaniu się która jest lepsza z piosenkami i gadżetami Hanny Montany w tle.
Czy w Waszych domach też podczas Wigilia to pretekst do wypicia hektolitrów alkoholu? Bo u mnie to już chyba tradycja! A z innych tradycji to przede wszystkim Kevin sam w domu i w Nowym Jorku. Toż to podstawa!
A, bo dzisiaj Boże Narodzenie. Więc wszystkiego najlepszego! Koleżanka powiedziała zauważyła słusznie, że zazwyczaj życzy się ludziom tego co cię samemu chce usłyszeć, więc życzę Wam owocnych dni spędzonych w szkole, sukcesów miłosnych, cierpliwości do kobiet (szczególnie do Zuzy i Nowickiej) i dużo przyjaźni:)
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Owcowe opóźnienie
Zamiast prezentów i klasowych mikołajek wybraliśmy wyjazd na lodowisko do Świdnicy. Zbióreczka o 8:00 pod szkołą. Nowicka oczywiście przyszła o 8:15, bo autobus jej dosłownie uciekł z przed nosa i musiała czekać na następny.
Nasza wychowawczyni, która wszystko uwielbia mieć od linijki, wszystko musi być na czas prawie zagotowała się ze złości. Kiedy Nowicka weszła do autobusu wykrzyczała tylko:
-Czy panna Nowicka wie która jest godzina? Spóźniłaś się 10 minut 34 sekundy i 3 setne sekundy! Zostaną wyciągnięte z tego konsekwencje! Zamiast kolejnej bezmyślnej rzeczy pod choinkę proszę poprosić rodziców o zegarek. Teraz usiądź i nie rób więcej zamieszania!
I ruszyliśmy. Droga do Świdnicy minęła dość dziwnie. W małych grupach rozmawialiśmy tylko między sobą. Niektórzy słuchali muzyki, inni czytali książki, a jeszcze inni, tak jak Zuza spali.
Dochodzę do wniosku, że łyżwy nie są moją najlepszą stroną po 67 upadkach w ciągu jednej godziny. Podczas drugiej tercji było już coraz lepiej. Nowicka jeździła jak zawodowa łyżwiarka. W przód, w tył, w bok, z piruetem i czego ona tam jeszcze nie robiła. I tylko słyszałem co chwilę przy kolejnym upadku:
-Derkacz wstawaj, przecież to takie proste. Patrz...
Zuza nie była mistrzynią, ale szło jej dużo lepiej niż mnie. Zbawiennymi okazały się miękkie barierki! Myślę, ze jeszcze tak ze trzy godziny tam spędzone i jeździłbym "prawie" tak jak Nowicka.
Po lodowisku zostało nam jeszcze, jak oznajmiła wychowawczyni, 2 godziny, 34 minuty i 15 sekundy czasu wolnego. Mięliśmy się spotkać w samym centrum obok dużej fontanny, którą wychowawczyni pokazała nam 10000 razy. Mieliśmy mieć dokładnie 3 minuty i 29 sekund na przejście do autobusu i odjechać. Podzieliliśmy się na grupki i ruszyliśmy na podboje Świdnicy. Zuza i Nowicka były głodne, więc coś zjedliśmy, a potem mijając kolegów z klasy przeszliśmy przez jarmark świąteczny. Nowicka nie chcąc już podpadać zmobilizowała nas do wcześniejszego przybycia na zbiórkę. Wszyscy się ustawili i już mięliśmy odjeżdżać, kiedy to ktoś krzyknął:
-Ale Owcy nie ma!
-Właśnie nie ma Owcy... to znaczy nie ma Kasi- zaniepokoiła się nauczycielka.- czy ktoś ma do niej numer, żeby zadzwonić?- spytała głupio.
Oczywiście wszyscy się rzucili, żeby go podać. las rąk!
-Chyba nikt nie ma do niej numeru proszę pani- rzucił ktoś z tłumu.
-Dobrze, poczekajmy jeszcze chwilę, na pewno się zaraz znajdzie.
Kobieta zaczęła chodzić nerwowo i spoglądać co chwilę na zegarek. Po 15 minutach rozdzieliliśmy się w poszukiwaniu Owcy i zaraz mięliśmy się znowu spotkać przy tej j samej fontannie.
Przeczesaliśmy cały rynek, wszystkie kamienice i sklepy. Owca przepadła jak kamień w wodę!
Po chyba godzinie oczekiwań wychowawczyni zadzwoniła nieśmiało do rodziców, żeby jej podali numer do Owcy. Ci najpierw się nakrzyczeli, ze jest nieodpowiedzialna, że napiszą skargę, a potem grzecznie podali numer i poprosili, żeby jak się znajdzie dała znać. Nauczycielka zdenerwowana wykonała telefon.
Okazało się, że Owca była gdzieś na obiedzie, a potem poszła na miejsce zbiórki. tylko ona myślała, że spotykamy się pod lodowiskiem i w dodatku godzinę później.
Wszyscy zmarznięci, przemoczeni i zdenerwowani weszli do autokaru. Owca chyba sobie nie zdawała sprawy z tego co się stało.
W Legnicy byliśmy 2 godziny później przez korki i "owcowe opóźnienie". Wychowawczyni szczęśliwa, ze Owca się znalazła uściskała ją i nawet nie wyciągnęła konsekwencji z całej tej sytuacji.
Nasza wychowawczyni, która wszystko uwielbia mieć od linijki, wszystko musi być na czas prawie zagotowała się ze złości. Kiedy Nowicka weszła do autobusu wykrzyczała tylko:
-Czy panna Nowicka wie która jest godzina? Spóźniłaś się 10 minut 34 sekundy i 3 setne sekundy! Zostaną wyciągnięte z tego konsekwencje! Zamiast kolejnej bezmyślnej rzeczy pod choinkę proszę poprosić rodziców o zegarek. Teraz usiądź i nie rób więcej zamieszania!
I ruszyliśmy. Droga do Świdnicy minęła dość dziwnie. W małych grupach rozmawialiśmy tylko między sobą. Niektórzy słuchali muzyki, inni czytali książki, a jeszcze inni, tak jak Zuza spali.
Dochodzę do wniosku, że łyżwy nie są moją najlepszą stroną po 67 upadkach w ciągu jednej godziny. Podczas drugiej tercji było już coraz lepiej. Nowicka jeździła jak zawodowa łyżwiarka. W przód, w tył, w bok, z piruetem i czego ona tam jeszcze nie robiła. I tylko słyszałem co chwilę przy kolejnym upadku:
-Derkacz wstawaj, przecież to takie proste. Patrz...
Zuza nie była mistrzynią, ale szło jej dużo lepiej niż mnie. Zbawiennymi okazały się miękkie barierki! Myślę, ze jeszcze tak ze trzy godziny tam spędzone i jeździłbym "prawie" tak jak Nowicka.
Po lodowisku zostało nam jeszcze, jak oznajmiła wychowawczyni, 2 godziny, 34 minuty i 15 sekundy czasu wolnego. Mięliśmy się spotkać w samym centrum obok dużej fontanny, którą wychowawczyni pokazała nam 10000 razy. Mieliśmy mieć dokładnie 3 minuty i 29 sekund na przejście do autobusu i odjechać. Podzieliliśmy się na grupki i ruszyliśmy na podboje Świdnicy. Zuza i Nowicka były głodne, więc coś zjedliśmy, a potem mijając kolegów z klasy przeszliśmy przez jarmark świąteczny. Nowicka nie chcąc już podpadać zmobilizowała nas do wcześniejszego przybycia na zbiórkę. Wszyscy się ustawili i już mięliśmy odjeżdżać, kiedy to ktoś krzyknął:
-Ale Owcy nie ma!
-Właśnie nie ma Owcy... to znaczy nie ma Kasi- zaniepokoiła się nauczycielka.- czy ktoś ma do niej numer, żeby zadzwonić?- spytała głupio.
Oczywiście wszyscy się rzucili, żeby go podać. las rąk!
-Chyba nikt nie ma do niej numeru proszę pani- rzucił ktoś z tłumu.
-Dobrze, poczekajmy jeszcze chwilę, na pewno się zaraz znajdzie.
Kobieta zaczęła chodzić nerwowo i spoglądać co chwilę na zegarek. Po 15 minutach rozdzieliliśmy się w poszukiwaniu Owcy i zaraz mięliśmy się znowu spotkać przy tej j samej fontannie.
Przeczesaliśmy cały rynek, wszystkie kamienice i sklepy. Owca przepadła jak kamień w wodę!
Po chyba godzinie oczekiwań wychowawczyni zadzwoniła nieśmiało do rodziców, żeby jej podali numer do Owcy. Ci najpierw się nakrzyczeli, ze jest nieodpowiedzialna, że napiszą skargę, a potem grzecznie podali numer i poprosili, żeby jak się znajdzie dała znać. Nauczycielka zdenerwowana wykonała telefon.
Okazało się, że Owca była gdzieś na obiedzie, a potem poszła na miejsce zbiórki. tylko ona myślała, że spotykamy się pod lodowiskiem i w dodatku godzinę później.
Wszyscy zmarznięci, przemoczeni i zdenerwowani weszli do autokaru. Owca chyba sobie nie zdawała sprawy z tego co się stało.
W Legnicy byliśmy 2 godziny później przez korki i "owcowe opóźnienie". Wychowawczyni szczęśliwa, ze Owca się znalazła uściskała ją i nawet nie wyciągnęła konsekwencji z całej tej sytuacji.
piątek, 18 grudnia 2009
Żegnaj błogie lenistwo!
Święta już wiszą w powietrzu. W szkole wszystkie klasy są poozdabiane, stoją choinki i sprzedawane są na kiermaszu świątecznym pierniczki i ozdoby bożonarodzeniowe. Na dole rozstawiona jest wioska świętego Mikołaja, gdzie można za drobną opłatą zrobić sobie zdjęcie z w-f-istą przebranym za grubasa z czerwonym nosem. Wszystko oczywiście na szczytny cel!
Zuza jest w siódmym niebie! Wszystkie egzaminy w muzycznej zdane na same piątki, miłość do Barnaby kwitnie i do tego dzisiaj była ostatnia lekcja chemii w tym roku. Nic nie było w stanie popsuć jej humoru, nawet dwójka z matematyki. Do czasu!
Nadeszła rzeczona już chemia. Była to nasza siódma i ostatnia (Chwała Bogu!) lekcja. Nauczycielka rozdaje sprawdziany.
-Derkacz- dobry+, Nowicka- dobry, Zuza- dobry=.
-Pani chyba jaja sobie robi?!- wykrzyczała zupełnie niestosownie do nauczycielki Zuza.
Kobieta z pogardą na twarzy poprawiła wielkie, czarne okulary i odparła:
-Nie, nie robię sobie jaj. Jak nie chcesz czwórki to nie!
-Chcę, chcę! Przepraszam, bo to ze szczęścia. ja nigdy czwórki z chemii nie dostałam. Oprawię chyba w ramkę i nad łóżko!
-Kiedy dostaliście już sprawdziany proszę odwróćcie na drugą stronę i zobaczcie czy macie zaliczone nazewnictwo kwasów. Nie jest jednoznaczna pozytywna ocena z zaliczeniem- oznajmiła nauczycielka.
Nie muszę chyba dodawać, że nikt nie był szczęśliwy. Na całą klasę zaliczyła tylko Owca. Czemu mnie to nie dziwi?
Po powrocie do domu padło wiele niecenzuralnych słów. Niektóre słyszałem po raz pierwszy w życiu. Bałem się aż przerwać słowotoku Zuzy:
-Czy ją do reszty powaliło? ona chyba myśli, że ja to na prawdę umiem! Udało mi się przepisać wszystko ze ściągi, a nazewnictwa akurat cholera nie zdążyła. Jak chce to ja mogę przyjść i przepisać jej ze ściągi jeszcze raz! Proszę bardzo, nie widzę problemu! Czy ta chemia jest mi kurcze do czegoś w życiu potrzebna? Nie będę z dziećmi przed półką w supermarkecie, czy podczas koncertu w filharmonii liczyła jakichś gównianych kwasów. My zależy, żeby tą chemię tylko zdać i cześć jak czapka! I co teraz niby mam uczyć się całe święta chemii? No po prostu już wyciągam książkę i zaczynam! Zadanka zacznę robić w autobusie do domu, albo nie już na przejściu dla pieszych, żeby nie tracić czasu. Już się nie mogę doczekać! A ty co na to?
Ja byłem tak zaskoczony wypływem emocji Zuzy, że zdołałem wydobyć tylko:
-No...
-Ależ ty cholera wylewny derkacz jesteś. Nie pogadasz. dobra biegnę, bo moja 15 jedzie. Pa.
I Zuza pobiegła w stronę odjeżdżającego autobusu, a ja jeszcze chwilę musiałem przetwarzać natłok informacji.
I tak sielankowy dzień i piękna perspektywa błogiego lenistwa podczas świąt legła w gruzach!
Zuza jest w siódmym niebie! Wszystkie egzaminy w muzycznej zdane na same piątki, miłość do Barnaby kwitnie i do tego dzisiaj była ostatnia lekcja chemii w tym roku. Nic nie było w stanie popsuć jej humoru, nawet dwójka z matematyki. Do czasu!
Nadeszła rzeczona już chemia. Była to nasza siódma i ostatnia (Chwała Bogu!) lekcja. Nauczycielka rozdaje sprawdziany.
-Derkacz- dobry+, Nowicka- dobry, Zuza- dobry=.
-Pani chyba jaja sobie robi?!- wykrzyczała zupełnie niestosownie do nauczycielki Zuza.
Kobieta z pogardą na twarzy poprawiła wielkie, czarne okulary i odparła:
-Nie, nie robię sobie jaj. Jak nie chcesz czwórki to nie!
-Chcę, chcę! Przepraszam, bo to ze szczęścia. ja nigdy czwórki z chemii nie dostałam. Oprawię chyba w ramkę i nad łóżko!
-Kiedy dostaliście już sprawdziany proszę odwróćcie na drugą stronę i zobaczcie czy macie zaliczone nazewnictwo kwasów. Nie jest jednoznaczna pozytywna ocena z zaliczeniem- oznajmiła nauczycielka.
Nie muszę chyba dodawać, że nikt nie był szczęśliwy. Na całą klasę zaliczyła tylko Owca. Czemu mnie to nie dziwi?
Po powrocie do domu padło wiele niecenzuralnych słów. Niektóre słyszałem po raz pierwszy w życiu. Bałem się aż przerwać słowotoku Zuzy:
-Czy ją do reszty powaliło? ona chyba myśli, że ja to na prawdę umiem! Udało mi się przepisać wszystko ze ściągi, a nazewnictwa akurat cholera nie zdążyła. Jak chce to ja mogę przyjść i przepisać jej ze ściągi jeszcze raz! Proszę bardzo, nie widzę problemu! Czy ta chemia jest mi kurcze do czegoś w życiu potrzebna? Nie będę z dziećmi przed półką w supermarkecie, czy podczas koncertu w filharmonii liczyła jakichś gównianych kwasów. My zależy, żeby tą chemię tylko zdać i cześć jak czapka! I co teraz niby mam uczyć się całe święta chemii? No po prostu już wyciągam książkę i zaczynam! Zadanka zacznę robić w autobusie do domu, albo nie już na przejściu dla pieszych, żeby nie tracić czasu. Już się nie mogę doczekać! A ty co na to?
Ja byłem tak zaskoczony wypływem emocji Zuzy, że zdołałem wydobyć tylko:
-No...
-Ależ ty cholera wylewny derkacz jesteś. Nie pogadasz. dobra biegnę, bo moja 15 jedzie. Pa.
I Zuza pobiegła w stronę odjeżdżającego autobusu, a ja jeszcze chwilę musiałem przetwarzać natłok informacji.
I tak sielankowy dzień i piękna perspektywa błogiego lenistwa podczas świąt legła w gruzach!
środa, 16 grudnia 2009
Uru..., uru, uru...
Technologia Informacyjna jak co tydzień była dzisiaj na pierwszej lekcji. Klasa była otwarta, a nauczycielka siedziała w swoim magazynku i wydawała dziwne pojękiwania. Usiedliśmy przy komputerach i w klasie powstał duży szum. Każdy miał oczywiście sąsiadowi coś pasjonującego i niezwykle ważnego do przekazania.
nagle drzwi do magazynku otworzyły się z hukiem, a niewyraźnie wyglądająca informatyczka trzymając się kurczowo klamki zdołała wydobyć z siebie tylko:
-Uru... uru, uru...
W klasie zapadła cisza. Wszyscy poparzyli po sobie i nagle jak jeden mąż wybuchnęliśmy śmiechem chowając się pod biurkami, żeby nic nie zobaczyła. Nauczycielka kontynuowała:
-Uru..., Uru, uru...
Nadal nie słowa się nie kleciły w sensowną całość, ale kobieta nie dawała za wygraną:
-Uru..., uru, uru... chomić komputery i zrobić wszystkie zadania, które znajdziecie na pulpicie.- tyle zdołała wykrztusić i schowała się z powrotem. Z magazynku nie wyszła do końca lekcji. Wszyscy sikali ze śmiechu, a Nowicka tarzała się prawie po ziemi.
Nie wnikam co się stało pani profesor. Pozostaje mi się tylko domyślać. Stawiam na przewlekłą i bardzo groźną hipopotamią grypę!
Znalazłem dzisiaj w plecaku maleńki liścik o następującej treści:
"Rafał na klasowe mikołajki możesz mi kupić takie kolczyki w kształcie gwiazd, które widziałam w tym sklepie w centrum "Poranki i Wieczory". Za resztę coś wykombinujesz. K."
Po piśmie poznałem, ze to Owca, bo nikt z klasie nie pisze jak pierwszoklasistka poza nią. Prosiłem ją o podanie co chce dostać na mikołajki klasowe milion lat temu i dopiero teraz raczyła się pofatygować. I mam wydać całe 20 złotych na jakieś tandetne kolczyki- gwiazdy? No cóż nie dla każdego los jest łaskawy!
nagle drzwi do magazynku otworzyły się z hukiem, a niewyraźnie wyglądająca informatyczka trzymając się kurczowo klamki zdołała wydobyć z siebie tylko:
-Uru... uru, uru...
W klasie zapadła cisza. Wszyscy poparzyli po sobie i nagle jak jeden mąż wybuchnęliśmy śmiechem chowając się pod biurkami, żeby nic nie zobaczyła. Nauczycielka kontynuowała:
-Uru..., Uru, uru...
Nadal nie słowa się nie kleciły w sensowną całość, ale kobieta nie dawała za wygraną:
-Uru..., uru, uru... chomić komputery i zrobić wszystkie zadania, które znajdziecie na pulpicie.- tyle zdołała wykrztusić i schowała się z powrotem. Z magazynku nie wyszła do końca lekcji. Wszyscy sikali ze śmiechu, a Nowicka tarzała się prawie po ziemi.
Nie wnikam co się stało pani profesor. Pozostaje mi się tylko domyślać. Stawiam na przewlekłą i bardzo groźną hipopotamią grypę!
Znalazłem dzisiaj w plecaku maleńki liścik o następującej treści:
"Rafał na klasowe mikołajki możesz mi kupić takie kolczyki w kształcie gwiazd, które widziałam w tym sklepie w centrum "Poranki i Wieczory". Za resztę coś wykombinujesz. K."
Po piśmie poznałem, ze to Owca, bo nikt z klasie nie pisze jak pierwszoklasistka poza nią. Prosiłem ją o podanie co chce dostać na mikołajki klasowe milion lat temu i dopiero teraz raczyła się pofatygować. I mam wydać całe 20 złotych na jakieś tandetne kolczyki- gwiazdy? No cóż nie dla każdego los jest łaskawy!
wtorek, 15 grudnia 2009
Coraz bliżej Święta!
Nowicka jak zwykle wbiegła do szkoły o 8:10 spóźniona na religię, bo uznała, zupełnie nie wiedzieć czemu, jest ona mało ważnym przedmiotem i nie trzeba się bardzo spieszyć. Katechetka właśnie robiła nam kartkówkę z fragmentu Ewangelii o Zwiastowaniu. Nowicka szczerze jej nienawidziła! Ni była dość pobożną katoliczką. Wyznawała zasadę "jestem katolikiem wierzącym, lecz nie praktykującym". Na religię chodziła, bo rodzice jej kazali i nie miała najmniejszego zamiaru uczyć się, czytać i odpowiadać z czegokolwiek. W dodatku przez całą lekcję zawsze robi na przekór nauczycielce.
Na karetkach mięliśmy streścić fragment Ewangelii. Koleżanka Nowicka oczywiście drwiąc dostała dopuszczający, bo jak określiła to katechetka: "Wczuła się idealnie w sytuację i pokazała swoje emocje towarzyszące analizowaniu tekstu."
Nowicka na kartkówce natomiast napisała tak:
"Szczegółów treści niestety nie znam, bo nie widzę sensu w uczeniu się na pamięć tekstów Ewangelii. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to wiem, że gdybym ja była Archaniołem Gabrielem, to na pewno bym się spóźniła ze zwiastowaniem i Dżizys urodziłby się dużo później. Jakoś bym się wytłumaczyła. Powiedziałabym na przykład, że autobus uciekł mi dosłownie sprzed nosa!"
Czasem zastanawiam się czy ona jest taka głupia czy tylko udaje. I jak ona się dostała do liceum?
Mama oznajmiła domownikom, że w tym roku będzie po raz pierwszy na święta żywa choinka. Kacper ma tylko prośbę, żeby choinka była duża, bo zmieści się więcej prezentów. Materialista! Ciekawe po kim on to ma?
tato oczywiście zaczął krzyczeć, ze oczywiście nikt w tym domu z nim nic nie uzgadnia, i że oczywiście się nie zgadza na żywą choinkę! Po długich pertraktacjach z mamą udało się go przekonać. I wybuchł kolejny konflikt. Tato chce małej skromnej choinki w doniczce, a mama dużej, prosto z lasu.
I jak tu z nimi żyć. Zwariować idzie. Każdy pretekst do kłótni jest rewelacyjny.
tak jak przypuszczałem. Nie minęło pół godziny obrazy majestatu i nierozmawiania ze sobą, tato chwycił za telefon i zamówił u kolegi leśnika dużą choinkę prosto z lasu na 23 grudnia.
Na karetkach mięliśmy streścić fragment Ewangelii. Koleżanka Nowicka oczywiście drwiąc dostała dopuszczający, bo jak określiła to katechetka: "Wczuła się idealnie w sytuację i pokazała swoje emocje towarzyszące analizowaniu tekstu."
Nowicka na kartkówce natomiast napisała tak:
"Szczegółów treści niestety nie znam, bo nie widzę sensu w uczeniu się na pamięć tekstów Ewangelii. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to wiem, że gdybym ja była Archaniołem Gabrielem, to na pewno bym się spóźniła ze zwiastowaniem i Dżizys urodziłby się dużo później. Jakoś bym się wytłumaczyła. Powiedziałabym na przykład, że autobus uciekł mi dosłownie sprzed nosa!"
Czasem zastanawiam się czy ona jest taka głupia czy tylko udaje. I jak ona się dostała do liceum?
Mama oznajmiła domownikom, że w tym roku będzie po raz pierwszy na święta żywa choinka. Kacper ma tylko prośbę, żeby choinka była duża, bo zmieści się więcej prezentów. Materialista! Ciekawe po kim on to ma?
tato oczywiście zaczął krzyczeć, ze oczywiście nikt w tym domu z nim nic nie uzgadnia, i że oczywiście się nie zgadza na żywą choinkę! Po długich pertraktacjach z mamą udało się go przekonać. I wybuchł kolejny konflikt. Tato chce małej skromnej choinki w doniczce, a mama dużej, prosto z lasu.
I jak tu z nimi żyć. Zwariować idzie. Każdy pretekst do kłótni jest rewelacyjny.
tak jak przypuszczałem. Nie minęło pół godziny obrazy majestatu i nierozmawiania ze sobą, tato chwycił za telefon i zamówił u kolegi leśnika dużą choinkę prosto z lasu na 23 grudnia.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Matura z biologii w klasie humanistycznej?
Dzisiaj miał być sprawdzian z biologii o którym nasza trójka oczywiście nie wiedziała! Zuza wpadła w panikę!
-Musimy coś zrobić! Jak dostanę kolejną jedynkę rodzice mnie z domu wyrzucą, obetną kieszonkowe, zabronią komputera, a co najgorsze, nie będę mogła chodzić do szkoły muzycznej.
-Spoko Zuza, nie panikuj! Wszystko załatwię! daj mi tylko chwilkę- uspokajała Nowicka.
I faktycznie Nowicka załatwiła. Trwało to w prawdzie dwie przerwy, ale nie dość, ze mieliśmy ściągi do skserowania, to jeszcze załatwiła pytania ze sprawdzianu dla obu grup i chłopaka, który nam to wszystko rozwiązał.
-Nowicka jesteś wielka. jak to załatwiłaś?- Zuza nie mogła się nadziwić i rzuciła się na szyję Nowickiej.
-Proszę cię, nie pytaj! Kosztowało mnie to randkę, obiecałam, że będę pozowała do sesji jednej dziewczynie i obiecać chłopakowi z 2c, że napiszę mu recenzję.
Cóż za poświęcenie dla biologii. Normalnie nie poznaję Nowickiej!
Przychodząc na lekcję nie miałem żadnej obawy, bo przecież miałem ze sobą "pomoce naukowe" i całą zdobytą przez ostatnie trzy przerwy wiedzę.
Niestety nie można liczyć w zupełności humorom nauczycieli i szczęśliwemu trafowi. Nauczycielka zamiast sprawdzianu wzięła do odpowiedzi cztery osoby: mnie, Nowicką i Zuzę i Owcę. Pech chciał, że nas! Oczywiście pewni siebie podeszliśmy do tablicy i czekaliśmy na pytania, które mięliśmy wykute niemalże na pamięć. Pytała nas zupełnie o coś innego. Jak ktoś z nas nie znał odpowiedzi, pytanie przechodziła na następną osobę. I tak wszystkie trafiały na Owcę, która oczywiście jak zwykle była obkuta. Klasa usiłowała nam podpowiadać, ale kobieta krzyczała tylko:
-Nie rozmawiać! Nie śmiać się!
Ktoś dodał:
-Nie oddychać!
I wtedy wybuchła! Zaczęła na nasz wrzeszczeć, ze się nie uczymy, że nic nie umiemy i jak my chcemy maturę zdać (matura z biologi w klasie humanistycznej?). cała złość przypadkowo skumulowała się na biednej Zuzie. Ta jako wrażliwa osoba potraktowała to dość osobiście i się rozpłakała.
Widząc to biologica jeszcze bardziej się rozkrzyczała na płaczącą koleżankę:
-I czego ty głupia krzyczysz? Czy ja ci krzywdę robię? Lepiej byś się biologii zaczęła uczyć, a nie ryczysz tylko! Pracuję już ponad dwadzieścia lat w tym zawodzie i jeszcze takiej klasy nigdy nie spotkałam! Ja przez was oszaleję! Powinnam leczyć się już w szpitalu psychiatrycznym, to znaczy wy powinniście! Widzicie do czego doprowadziliście?- i tu monolog został przerwany przez głęboki, rzewny płacz.- Nie dam się wykończyć, o nie!- i wybiegła z sali taka cała zapłakana.
Mam nadzieję, że na prawdę nie wyląduje z tym psychiatryku, bo w gruncie rzeczy nie była taka zła!
Kacper mnie wczoraj przychodzi do mnie do pokoju i czegoś szuka!
-Czego ty małolat szukasz?- pytam grzecznie.
-Nie masz tu może gdzieś gazetki z Biedronki?
-A po co ci gazetka z Biedronki?- pytam jeszcze grzecznie.
-No bo nie wiem czy tam mają zabawki z Benem10. Nie wiesz może?
-Nie wiem, ale jak chcesz kupić to na pewno w innych sklepach można je dostać.
-Ale na reklamie widziałem ostatnio, ze święty Mikołaj robi zakupy w Biedronce i chcę zobaczyć czy coś z tej listy, którą mu wystałem dostanę.
Za czasów mojego dzieciństwa wierzono, że zabawki są robione przez elfy w warsztacie świętego Mikołaja i stamtąd są rozwożone na cały świat, ale może jestem jakiś starodawny?!
-Musimy coś zrobić! Jak dostanę kolejną jedynkę rodzice mnie z domu wyrzucą, obetną kieszonkowe, zabronią komputera, a co najgorsze, nie będę mogła chodzić do szkoły muzycznej.
-Spoko Zuza, nie panikuj! Wszystko załatwię! daj mi tylko chwilkę- uspokajała Nowicka.
I faktycznie Nowicka załatwiła. Trwało to w prawdzie dwie przerwy, ale nie dość, ze mieliśmy ściągi do skserowania, to jeszcze załatwiła pytania ze sprawdzianu dla obu grup i chłopaka, który nam to wszystko rozwiązał.
-Nowicka jesteś wielka. jak to załatwiłaś?- Zuza nie mogła się nadziwić i rzuciła się na szyję Nowickiej.
-Proszę cię, nie pytaj! Kosztowało mnie to randkę, obiecałam, że będę pozowała do sesji jednej dziewczynie i obiecać chłopakowi z 2c, że napiszę mu recenzję.
Cóż za poświęcenie dla biologii. Normalnie nie poznaję Nowickiej!
Przychodząc na lekcję nie miałem żadnej obawy, bo przecież miałem ze sobą "pomoce naukowe" i całą zdobytą przez ostatnie trzy przerwy wiedzę.
Niestety nie można liczyć w zupełności humorom nauczycieli i szczęśliwemu trafowi. Nauczycielka zamiast sprawdzianu wzięła do odpowiedzi cztery osoby: mnie, Nowicką i Zuzę i Owcę. Pech chciał, że nas! Oczywiście pewni siebie podeszliśmy do tablicy i czekaliśmy na pytania, które mięliśmy wykute niemalże na pamięć. Pytała nas zupełnie o coś innego. Jak ktoś z nas nie znał odpowiedzi, pytanie przechodziła na następną osobę. I tak wszystkie trafiały na Owcę, która oczywiście jak zwykle była obkuta. Klasa usiłowała nam podpowiadać, ale kobieta krzyczała tylko:
-Nie rozmawiać! Nie śmiać się!
Ktoś dodał:
-Nie oddychać!
I wtedy wybuchła! Zaczęła na nasz wrzeszczeć, ze się nie uczymy, że nic nie umiemy i jak my chcemy maturę zdać (matura z biologi w klasie humanistycznej?). cała złość przypadkowo skumulowała się na biednej Zuzie. Ta jako wrażliwa osoba potraktowała to dość osobiście i się rozpłakała.
Widząc to biologica jeszcze bardziej się rozkrzyczała na płaczącą koleżankę:
-I czego ty głupia krzyczysz? Czy ja ci krzywdę robię? Lepiej byś się biologii zaczęła uczyć, a nie ryczysz tylko! Pracuję już ponad dwadzieścia lat w tym zawodzie i jeszcze takiej klasy nigdy nie spotkałam! Ja przez was oszaleję! Powinnam leczyć się już w szpitalu psychiatrycznym, to znaczy wy powinniście! Widzicie do czego doprowadziliście?- i tu monolog został przerwany przez głęboki, rzewny płacz.- Nie dam się wykończyć, o nie!- i wybiegła z sali taka cała zapłakana.
Mam nadzieję, że na prawdę nie wyląduje z tym psychiatryku, bo w gruncie rzeczy nie była taka zła!
Kacper mnie wczoraj przychodzi do mnie do pokoju i czegoś szuka!
-Czego ty małolat szukasz?- pytam grzecznie.
-Nie masz tu może gdzieś gazetki z Biedronki?
-A po co ci gazetka z Biedronki?- pytam jeszcze grzecznie.
-No bo nie wiem czy tam mają zabawki z Benem10. Nie wiesz może?
-Nie wiem, ale jak chcesz kupić to na pewno w innych sklepach można je dostać.
-Ale na reklamie widziałem ostatnio, ze święty Mikołaj robi zakupy w Biedronce i chcę zobaczyć czy coś z tej listy, którą mu wystałem dostanę.
Za czasów mojego dzieciństwa wierzono, że zabawki są robione przez elfy w warsztacie świętego Mikołaja i stamtąd są rozwożone na cały świat, ale może jestem jakiś starodawny?!
piątek, 11 grudnia 2009
Panie władzo pouczenie wystarczy w zupełności!
Zuza wpadła do szkoły cholernie zdenerwowana i zmachana.
-Co się stało?- podpytujemy z Nowicką, ale Zuza niechętnie nam opowiada.
-Nie... nie ważne!
-No opowiadaj Zuza, bo pęknę z ciekawości!- ponaglała Nowicka.
-Biegłam rano do szkoły z wiolonczelą na plecach, już godzina 7:50, a ja jeszcze jej nie odniosłam do mamy pracy. Myślę sobie, "Jak pójdę raz z nią do szkoły nic się nie stanie! Zostawię w szatni." I biegnę ja przez rynek, pierwsza matma, a jak się spóźnię to mnie zapyta! Przebiegam przez pasy, a tu zza rogu jakby z pod ziemi wynurza się strażnik miejski! Szlag by go jasny... Nie miał gdzie akurat patrolować. Podchodzi do mnie, a ja udaję, że w ogóle nie wiem o co chodzi. Otwiera notesik i mówi: "A pani to gdzie się tak śpieszy?" Tłumaczę grzecznie, że do szkoły się zaraz spóźnię, a pierwsza matematyka, i że to pierwszy i ostatni raz, i że bardzo przepraszam. Zaczął się wywiad. jak się nazywam, gdzie do szkoły, a i że muzyk na wiolonczeli gram. Spostrzegawczy kurcze! Na wszystkie pytania grzecznie odpowiadam. Jak przyszło do wieku, że mam 16 lat, zatrzymał się i jak gdyby nigdy nic zapytał: "A to pani nie pracuje i nie zarabia". Mówię, że nie, a rodzice to nie za bardzo na mandat. A on pyta, więc co ja proponuję? No pouczenie panie władzo i chwalę policję, straż, służby porządkowe. On tak słucha, słucha, zamknął notesik i kazał zmykać, tylko tym razem powoli.
Zuza oczywiście po tak długiej rozmowie z "władzą" spóźniła się na matematykę i oczywiście została zapytana i oczywiście dostała jedynkę. A ja stając w obronie Zuzy także zostałem wzięty do odpowiedzi. Niepotrzebnie się odzywałem! Wydaje mi się, że chyba może lepiej by było zapłacić te 50 złotych, ale przynajmniej być bezpiecznym na lekcji?
Kacper, mój pięcioletni młodszy brat czasami wydaje mi się, że jest zacofany w rozwoju. Z opowiadań słyszę, ze ja byłem nad wyraz sprytny i inteligentny, ale to co on czasem wygaduje, to przechodzi ludzkie pojęcie! Może to i śmieszne, ale mieszkaj tu z takimi, jak oni wszyscy tak mają w tej rodzinie, oprócz mnie oczywiście!
Po długiej kąpieli wczoraj wchodzi do mnie do pokoju smutny.
Pytam co się stało? A on na to:
-Rafał, ty mi już nie pozwalaj się więcej kąpać, dobra?
-Ale dlaczego? Trzeba się kąpać, bo będziesz śmierdział!- tłumaczę młodemu.
-Nie pozwalaj mi, wiem co mówię. Bo ja się przez tą kąpiel robię stary!- odpowiada mój błyskotliwy brat.
-Co? W życiu większej głupoty nie słyszałem! Jak to stary?
-No tak, mam dowody!- jaki wyszczekany, ma dowody!- popatrz jakie mam ręce pomarszczone! Już nie chcę myśleć co będzie jak ja będę się tak przez rok kąpać! Zestarzeję się jak dziadek!
No i tłumaczę mu jak krowie na rowie, że to się tak zawsze od wody robi. on zrobił wielkie oczy i mówi:
-Nieprawda, ja swoje wiem. Ty tak mówisz, żebym ja się szybko stary zrobił. Nie rozmawiam z tobą!
wyszedł i trzasnął drzwiami.
-Co się stało?- podpytujemy z Nowicką, ale Zuza niechętnie nam opowiada.
-Nie... nie ważne!
-No opowiadaj Zuza, bo pęknę z ciekawości!- ponaglała Nowicka.
-Biegłam rano do szkoły z wiolonczelą na plecach, już godzina 7:50, a ja jeszcze jej nie odniosłam do mamy pracy. Myślę sobie, "Jak pójdę raz z nią do szkoły nic się nie stanie! Zostawię w szatni." I biegnę ja przez rynek, pierwsza matma, a jak się spóźnię to mnie zapyta! Przebiegam przez pasy, a tu zza rogu jakby z pod ziemi wynurza się strażnik miejski! Szlag by go jasny... Nie miał gdzie akurat patrolować. Podchodzi do mnie, a ja udaję, że w ogóle nie wiem o co chodzi. Otwiera notesik i mówi: "A pani to gdzie się tak śpieszy?" Tłumaczę grzecznie, że do szkoły się zaraz spóźnię, a pierwsza matematyka, i że to pierwszy i ostatni raz, i że bardzo przepraszam. Zaczął się wywiad. jak się nazywam, gdzie do szkoły, a i że muzyk na wiolonczeli gram. Spostrzegawczy kurcze! Na wszystkie pytania grzecznie odpowiadam. Jak przyszło do wieku, że mam 16 lat, zatrzymał się i jak gdyby nigdy nic zapytał: "A to pani nie pracuje i nie zarabia". Mówię, że nie, a rodzice to nie za bardzo na mandat. A on pyta, więc co ja proponuję? No pouczenie panie władzo i chwalę policję, straż, służby porządkowe. On tak słucha, słucha, zamknął notesik i kazał zmykać, tylko tym razem powoli.
Zuza oczywiście po tak długiej rozmowie z "władzą" spóźniła się na matematykę i oczywiście została zapytana i oczywiście dostała jedynkę. A ja stając w obronie Zuzy także zostałem wzięty do odpowiedzi. Niepotrzebnie się odzywałem! Wydaje mi się, że chyba może lepiej by było zapłacić te 50 złotych, ale przynajmniej być bezpiecznym na lekcji?
Kacper, mój pięcioletni młodszy brat czasami wydaje mi się, że jest zacofany w rozwoju. Z opowiadań słyszę, ze ja byłem nad wyraz sprytny i inteligentny, ale to co on czasem wygaduje, to przechodzi ludzkie pojęcie! Może to i śmieszne, ale mieszkaj tu z takimi, jak oni wszyscy tak mają w tej rodzinie, oprócz mnie oczywiście!
Po długiej kąpieli wczoraj wchodzi do mnie do pokoju smutny.
Pytam co się stało? A on na to:
-Rafał, ty mi już nie pozwalaj się więcej kąpać, dobra?
-Ale dlaczego? Trzeba się kąpać, bo będziesz śmierdział!- tłumaczę młodemu.
-Nie pozwalaj mi, wiem co mówię. Bo ja się przez tą kąpiel robię stary!- odpowiada mój błyskotliwy brat.
-Co? W życiu większej głupoty nie słyszałem! Jak to stary?
-No tak, mam dowody!- jaki wyszczekany, ma dowody!- popatrz jakie mam ręce pomarszczone! Już nie chcę myśleć co będzie jak ja będę się tak przez rok kąpać! Zestarzeję się jak dziadek!
No i tłumaczę mu jak krowie na rowie, że to się tak zawsze od wody robi. on zrobił wielkie oczy i mówi:
-Nieprawda, ja swoje wiem. Ty tak mówisz, żebym ja się szybko stary zrobił. Nie rozmawiam z tobą!
wyszedł i trzasnął drzwiami.
środa, 2 grudnia 2009
Macie w głowie bigos!
Mamy nową nauczycielkę od fizyki. Słyszeliśmy, że istny kosmos. I rzeczywiście! Przez całe życie nie naśmiałem się tyle co podczas tej jednej lekcji. Na początku przedstawiła się, wyjaśniła jaki ma system oceniania i powiedziała, że od razu bierze się do pracy. Kobieta dość dużych gabarytów strasznie się plątała w tym co mówi. Kreśliła na tablicy przez pół lekcji jakieś niezrozumiałe wzory, coś próbowała nam wytłumaczyć po czym powiedziała:
-Ale to jest dla klas z rozszerzoną fizyką i to was nie będzie obowiązywać!- po czym zmazała wszystko.
W klasie zawrzało. Wszyscy zaczęli komentować, przekrzykiwać się nawzajem i śmiać z błędów językowych nowej fizyczki. Kobieta wychodziła z siebie. zaczęła na nas krzyczeć, że nie będzie tego tolerować dłużej, i że zaczyna nas dzisiaj pytać. W klasie momentalnie ucichło.
-Jeszcze was nie znam, więc do odpowiedzi...
I tu następuje ten znienawidzony przez uczniów moment napięcia, ciszy i modlitw "Panie Boże żeby mnie tylko nie zapytała!"
-...do odpowiedzi pani Nowicka, zapraszam.
Nowicką oblał zimny pot, a w klasie słychać było tylko "ufff". Podeszła do tablicy i coś tam próbowała odpowiedzieć na pytania wzięte chyba z kosmosu. Ktoś z klasy stanął w obronie Nowickiej:
-Proszę pani, ale my jeszcze tego nie przerabialiśmy!
Na to fizyczka zagotowała się:
-Ale mnie to nie interesuje. Proszę się nie odzywać w tej chwili, bo ja z wami nie rozmawiam. Wy i tak macie w głowie bigos i nie jesteście na moim poziomie intelektualnym. ja rozmawiam w tej chwili z panią Nowicką, jestem teraz cała dla niej. To jest teraz moje dziecko szczęścia! No mów kochanie, mamusia słucha!- zakończyła czule.
Nowicą zamurowało i popatrzyła tylko z pogardą na kobiecinę. Fizyczka się chyba zapomniała i po zadaniu pytania sama sobie na nie odpowiadała. W rezultacie Nowicka dostała dobry z +, a fizyczka chyba będzie musiała pójść na jakąś terapię przed następną lekcją z nami.
-Ale to jest dla klas z rozszerzoną fizyką i to was nie będzie obowiązywać!- po czym zmazała wszystko.
W klasie zawrzało. Wszyscy zaczęli komentować, przekrzykiwać się nawzajem i śmiać z błędów językowych nowej fizyczki. Kobieta wychodziła z siebie. zaczęła na nas krzyczeć, że nie będzie tego tolerować dłużej, i że zaczyna nas dzisiaj pytać. W klasie momentalnie ucichło.
-Jeszcze was nie znam, więc do odpowiedzi...
I tu następuje ten znienawidzony przez uczniów moment napięcia, ciszy i modlitw "Panie Boże żeby mnie tylko nie zapytała!"
-...do odpowiedzi pani Nowicka, zapraszam.
Nowicką oblał zimny pot, a w klasie słychać było tylko "ufff". Podeszła do tablicy i coś tam próbowała odpowiedzieć na pytania wzięte chyba z kosmosu. Ktoś z klasy stanął w obronie Nowickiej:
-Proszę pani, ale my jeszcze tego nie przerabialiśmy!
Na to fizyczka zagotowała się:
-Ale mnie to nie interesuje. Proszę się nie odzywać w tej chwili, bo ja z wami nie rozmawiam. Wy i tak macie w głowie bigos i nie jesteście na moim poziomie intelektualnym. ja rozmawiam w tej chwili z panią Nowicką, jestem teraz cała dla niej. To jest teraz moje dziecko szczęścia! No mów kochanie, mamusia słucha!- zakończyła czule.
Nowicą zamurowało i popatrzyła tylko z pogardą na kobiecinę. Fizyczka się chyba zapomniała i po zadaniu pytania sama sobie na nie odpowiadała. W rezultacie Nowicka dostała dobry z +, a fizyczka chyba będzie musiała pójść na jakąś terapię przed następną lekcją z nami.
wtorek, 1 grudnia 2009
Turne po Wrocławiu
Wrocław w gruncie rzeczy do południa jest cudny! Mimo godzin szkolno-pracujących miast tętni życiem. Było gdzieś koło 10, a z dworca poszliśmy prosto coś zjeść. Krótkie śniadanie i wystawa w galerii sztuki, gdzie Nowicka sikała, widząc dzieła swoich malarskich impresjonistycznych idoli. Spędziliśmy tam ponad godzinę, bo i wystawa była pokaźna. Nowicka studiowała dokładnie każdy obraz. W gruncie rzeczy nam też się podobało, ale nie mogliśmy pokazać tego Nowickiej, bo wyszłoby, że wygrała a wyjazd był rewelacyjnym pomysłem. Następnie niczym Galerianki odbyliśmy turne po wrocławskich sklepach. Co prawda ani Zuza, a ni Nowicka nie proponowały nikomu "loda za parę dżinsów", czuliśmy się trochę nieswojo, ze podczas szkoły bezkarnie spacerujemy sobie, a nasza klasa pisze trzy sprawdziany. Kolejnym i ostatnim punktem programu był rzeczony już pokaz mody. Przeżycie ciekawe. Więcej było co prawda damskich ubiorów, ale męskich także nie brakowało. Nowicka mówiła, że czuła się jak Carrie Bradshaw, no ja nie za bardzo! W okolicach popołudniowych wróciliśmy grzecznie do domu. Już w pociągu trzeba było się zastanowić jak trzeba będzie usprawiedliwić ten nieobecny dzień no i czy mówimy rodzicom!
Na zakończenie Nowicka tylko rzuciła z uśmiechem:
-To jak Wrocław dla nas pestka to następny będzie Londyn, potem Paryż, a potem kto wie...
Zmieszani nie wiedzieliśmy co powiedzieć, bo Nowicka jest do tego wszystkiego zdolna!
W domu niemalże rozwód wisi w powietrzu! Rodzice kłócą się o kuchenne kafelki. Mama kupiła nowe kafelki do kuchni i załatwiła już majstra budowlanego. tato obrażony nie wiadomo o co. Wreszcie przemówił!
-Bo wy się nigdy nie liczycie z moim zdaniem! Nikt mnie nie pyta, tylko sami decydujecie i jeszcze chcecie, żebym temu przytakiwał! Nikt nie pyta mnie o zdanie, jak zwykle!
-Przecież ci mówiłam już rok temu, ze trzeba to zrobić. Nie wiem o co ci chodzi, ty tego nie będziesz i tak robił, tylko "specjalista"!- tłumaczy się mama.
-Tak, jeszcze na mnie zwalcie wszystko! Może w ogóle to wszystko jest moja wina! Zawsze jest moja wina!- krzyczy tato.
A dogadaj tu się z nimi! Nie odzywają się do siebie a jak już to tylko w jednej kwestii- kafelek i spisku przeciwko tacie. Mogę się założyć, ze za kilka dni sam pojedzie odebrać do sklepu te kafelki! A mówią, że szesnastolatkowie mają łatwe i bezstresowe życie. Autor tej tezy nie mieszkał w moim domu!
Na zakończenie Nowicka tylko rzuciła z uśmiechem:
-To jak Wrocław dla nas pestka to następny będzie Londyn, potem Paryż, a potem kto wie...
Zmieszani nie wiedzieliśmy co powiedzieć, bo Nowicka jest do tego wszystkiego zdolna!
W domu niemalże rozwód wisi w powietrzu! Rodzice kłócą się o kuchenne kafelki. Mama kupiła nowe kafelki do kuchni i załatwiła już majstra budowlanego. tato obrażony nie wiadomo o co. Wreszcie przemówił!
-Bo wy się nigdy nie liczycie z moim zdaniem! Nikt mnie nie pyta, tylko sami decydujecie i jeszcze chcecie, żebym temu przytakiwał! Nikt nie pyta mnie o zdanie, jak zwykle!
-Przecież ci mówiłam już rok temu, ze trzeba to zrobić. Nie wiem o co ci chodzi, ty tego nie będziesz i tak robił, tylko "specjalista"!- tłumaczy się mama.
-Tak, jeszcze na mnie zwalcie wszystko! Może w ogóle to wszystko jest moja wina! Zawsze jest moja wina!- krzyczy tato.
A dogadaj tu się z nimi! Nie odzywają się do siebie a jak już to tylko w jednej kwestii- kafelek i spisku przeciwko tacie. Mogę się założyć, ze za kilka dni sam pojedzie odebrać do sklepu te kafelki! A mówią, że szesnastolatkowie mają łatwe i bezstresowe życie. Autor tej tezy nie mieszkał w moim domu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
