Zamiast prezentów i klasowych mikołajek wybraliśmy wyjazd na lodowisko do Świdnicy. Zbióreczka o 8:00 pod szkołą. Nowicka oczywiście przyszła o 8:15, bo autobus jej dosłownie uciekł z przed nosa i musiała czekać na następny.
Nasza wychowawczyni, która wszystko uwielbia mieć od linijki, wszystko musi być na czas prawie zagotowała się ze złości. Kiedy Nowicka weszła do autobusu wykrzyczała tylko:
-Czy panna Nowicka wie która jest godzina? Spóźniłaś się 10 minut 34 sekundy i 3 setne sekundy! Zostaną wyciągnięte z tego konsekwencje! Zamiast kolejnej bezmyślnej rzeczy pod choinkę proszę poprosić rodziców o zegarek. Teraz usiądź i nie rób więcej zamieszania!
I ruszyliśmy. Droga do Świdnicy minęła dość dziwnie. W małych grupach rozmawialiśmy tylko między sobą. Niektórzy słuchali muzyki, inni czytali książki, a jeszcze inni, tak jak Zuza spali.
Dochodzę do wniosku, że łyżwy nie są moją najlepszą stroną po 67 upadkach w ciągu jednej godziny. Podczas drugiej tercji było już coraz lepiej. Nowicka jeździła jak zawodowa łyżwiarka. W przód, w tył, w bok, z piruetem i czego ona tam jeszcze nie robiła. I tylko słyszałem co chwilę przy kolejnym upadku:
-Derkacz wstawaj, przecież to takie proste. Patrz...
Zuza nie była mistrzynią, ale szło jej dużo lepiej niż mnie. Zbawiennymi okazały się miękkie barierki! Myślę, ze jeszcze tak ze trzy godziny tam spędzone i jeździłbym "prawie" tak jak Nowicka.
Po lodowisku zostało nam jeszcze, jak oznajmiła wychowawczyni, 2 godziny, 34 minuty i 15 sekundy czasu wolnego. Mięliśmy się spotkać w samym centrum obok dużej fontanny, którą wychowawczyni pokazała nam 10000 razy. Mieliśmy mieć dokładnie 3 minuty i 29 sekund na przejście do autobusu i odjechać. Podzieliliśmy się na grupki i ruszyliśmy na podboje Świdnicy. Zuza i Nowicka były głodne, więc coś zjedliśmy, a potem mijając kolegów z klasy przeszliśmy przez jarmark świąteczny. Nowicka nie chcąc już podpadać zmobilizowała nas do wcześniejszego przybycia na zbiórkę. Wszyscy się ustawili i już mięliśmy odjeżdżać, kiedy to ktoś krzyknął:
-Ale Owcy nie ma!
-Właśnie nie ma Owcy... to znaczy nie ma Kasi- zaniepokoiła się nauczycielka.- czy ktoś ma do niej numer, żeby zadzwonić?- spytała głupio.
Oczywiście wszyscy się rzucili, żeby go podać. las rąk!
-Chyba nikt nie ma do niej numeru proszę pani- rzucił ktoś z tłumu.
-Dobrze, poczekajmy jeszcze chwilę, na pewno się zaraz znajdzie.
Kobieta zaczęła chodzić nerwowo i spoglądać co chwilę na zegarek. Po 15 minutach rozdzieliliśmy się w poszukiwaniu Owcy i zaraz mięliśmy się znowu spotkać przy tej j samej fontannie.
Przeczesaliśmy cały rynek, wszystkie kamienice i sklepy. Owca przepadła jak kamień w wodę!
Po chyba godzinie oczekiwań wychowawczyni zadzwoniła nieśmiało do rodziców, żeby jej podali numer do Owcy. Ci najpierw się nakrzyczeli, ze jest nieodpowiedzialna, że napiszą skargę, a potem grzecznie podali numer i poprosili, żeby jak się znajdzie dała znać. Nauczycielka zdenerwowana wykonała telefon.
Okazało się, że Owca była gdzieś na obiedzie, a potem poszła na miejsce zbiórki. tylko ona myślała, że spotykamy się pod lodowiskiem i w dodatku godzinę później.
Wszyscy zmarznięci, przemoczeni i zdenerwowani weszli do autokaru. Owca chyba sobie nie zdawała sprawy z tego co się stało.
W Legnicy byliśmy 2 godziny później przez korki i "owcowe opóźnienie". Wychowawczyni szczęśliwa, ze Owca się znalazła uściskała ją i nawet nie wyciągnęła konsekwencji z całej tej sytuacji.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz