Kocham poniedziałki!
Zaczynamy w tym roku każdy piękny poniedziałek cudownym tworem pracy wielu lat ministerstw edukacji jakim jest chemia. Pani Karlicka jest jeszcze grubsza i jeszcze piękniejsza. Niekoniecznie mieści się już w swoje zasłoniaste kostiumy, które pamiętają chyba jeszcze czasy Napoleona. A zapomniałem wspomnieć jest jeszcze większą cholerą niż była.
Lekcję zaczęliśmy cudnym stwierdzeniem, dość ulubionym ostatnio: "Niech wam chemia lekką będzie!" i rozpoczął się monolog. No lekcją, a tym bardziej dialogiem nazwać tego nie można, bo żeby dialogować to trzeba wiedzieć o czym się chociaż co 1000 słowo mówi. Mówiliśmy o jakichś tam węglowodorów ich pochodnych itp. Klasa ożywiła się dopiero po jakichś 20 minutach kiedy padło słowo "alkohole". Ożywienie nie potrwało za długo, bo jak się okazało degustacji nie będzie. Karlicka po monologu zaczęła pisać jakieś skomplikowane, a do tego nikomu nie potrzebne konstrukcje. Kobieta była w swoim żywiole!
-Przepisaliście?
-Nie!- wybuchnęło.
-No to mażemy- odpowiedziała podniecona, jak po viagrze Karlicka z szyderczym uśmiechem.
Na tablicy tryliard kresek, milion chlorów, wodorów i innych z tablicy, no i tych węgli...
-A co ja rozwolnienie mam, że tyle tego węgla tam potrzeba?- zapytała bardzo błyskotliwie Nowicka. Karlicka na szczęście, na szczęście wszystkich nie usłyszała, bo w ferworze wykonywania, wyrównywania i zaznaczania wzorów cały świat jakby nie istniał. No i te tri-pri-dupo-moto-groto... Kto normalny potrafi to wszystko nazwać?! I nastąpił ten najgorszy moment na każdej lekcji. Powiedziała to swoje słynne:
-No to teraz na kogo wypadnie na tego bęc. A bęc na...- i zaczęła wykonywać na pewno jakieś bardzo skomplikowane dla przeciętnego ucznia obliczenia, aby wziąć kogoś do tablicy. Owca namachać się nie mogła, ręka to prawie jej z zawiasów wyskoczyła! I ku naszemu zbawieniu Karlicka przerwała długą ciszę:
-No proszę, niech pani pójdzie.- odparła zrezygnowana Karlicka, nie mogąc z premedytacją i przyjemnością nikomu wstawić szmaciczki.
Dalsza część lekcji była Owcy. Machała tam zadanka z równie wielką satysfakcją! Czasami zastanawiam się czy Owca nie jest córką Karlickiej!
Wybawił nas najpiękniejszy i najcudowniejszy przedmiot w szkole- dzwonek. Po takich lekcjach to zdecydwanie powinniśmy mieć co najmniej tydzień chorobowego!
wtorek, 12 października 2010
niedziela, 1 sierpnia 2010
Itp.
Nie miałem okazji jeszcze podsumować rozpoczęcia roku.
Wysyp tandety przykusych, cekiniastych, czarnych sukienek i kiczu wszelkiego rodzaju szpilek 20, opasek, opaseczek, oczojebnych cieni do powiek i średnio gustownych kopertówek. Trzy bezsensownie wyjęte z życiorysu godziny, które można by streścić w sensownych 20 minutach. Płonne przemowy dyrekcji, nauczycieli i uczniów o tym jaki ten rok będzie wspaniały i owocny w nasze osiągnięcia szkolne i laureatów konkursów, a zarazem czeka nas wiele ciężkiej pracy. Kiedy wspaniałych słów nadszedł kres, nastąpiło podniosłe wprowadzenie przy dźwiękach trąbek i innych instrumentów dętych, tego ważnego atrybutu, bez którego nie obyła by się żadna uroczystość- sztandaru i odśpiewanie hymnu Polski. Ciekawe, że dzieci już w pierwszej klasie szkoły podstawowej znają hymn Najjaśniejszej i Nieustającej Rzeczypospolitej. No niestety od pierwszej klasy minęło trochę czasu, więc koledzy i koleżanki uczniowską zasadą Zakuć Zdać Zapomnieć, są zwolnieni z tego obowiązku. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało po co ten sztandar tak w zasadzie jest? Kolejny ozdobny kawał materiału żeby zająć miejsce w i tak już długim harmonogramie uroczystości... Następnie powitanie wszystkich, występy chóru, wierszyki (o zgrozo!), kwiaty laurki itp. I te prowadzone na rzeź, wie wiedzące co czynią w zupełności pierwszaki. Żebym rok temu wiedział co wiem teraz poważnie zastanowiłbym się nad wyborem podrzędnej szkółki z niewysokim poziomem i siedziałbym sobie tam spokojniutko i cichutko.
W naszym życiu pojawiła się nowa osoba. Kaja, dla przyjaciół Wolska. W tym roku przeniosła się do naszej klasy. Jej ojciec jest jednym z dyrektorów głównych Gampicku, sieci sklepów w całej Polsce z gazetami, książkami, kawiarniami. Jeździ po całym kraju i sprawdza zgodność z jakimiś standardami, kontroluje projekty budowlane, wysyła tzw. tajemniczy klientów do sprawdzenia efektywności itp. Istny misz masz. Matka oczywiście nie pracuje, lecz zajmuje się domem. Ja nie wiem co ona tam robi, bo sprzątaczka sprząta, kucharz gotuje, a jeszcze inne pani i na pewno pasjonująco brzmiącym zawodzie zajmuje się rachunkami, zakupami, dokumentami itp. Tak, ale ona bardzo zajmuje się domem... Jednym słowem Wolska sra pieniędzmi! Ubrania z Mediolanów, Paryżów, Londynów, Nowych Jorków i nie wiem jeszcze skąd. Dziewczyna o pięknych poglądach, że facet nie musi być mądry, inteligentny, lecz przystojny i modnie ubrany.
Nie jest jakąś pustą lalą z dobrego domu, bo inteligencją i dużą wiedzą nie grzeszy, ale zaradnie życiowa to ona w życiu nie jest!
-Już my ją nauczymy życia!- powiedziała Nowicka na powitanie i w tym właśnie momencie zacząłem martwić się o przyszłe losy koleżanki. Jak Nowicka się kimś zajmie to nie ma...
Wysyp tandety przykusych, cekiniastych, czarnych sukienek i kiczu wszelkiego rodzaju szpilek 20, opasek, opaseczek, oczojebnych cieni do powiek i średnio gustownych kopertówek. Trzy bezsensownie wyjęte z życiorysu godziny, które można by streścić w sensownych 20 minutach. Płonne przemowy dyrekcji, nauczycieli i uczniów o tym jaki ten rok będzie wspaniały i owocny w nasze osiągnięcia szkolne i laureatów konkursów, a zarazem czeka nas wiele ciężkiej pracy. Kiedy wspaniałych słów nadszedł kres, nastąpiło podniosłe wprowadzenie przy dźwiękach trąbek i innych instrumentów dętych, tego ważnego atrybutu, bez którego nie obyła by się żadna uroczystość- sztandaru i odśpiewanie hymnu Polski. Ciekawe, że dzieci już w pierwszej klasie szkoły podstawowej znają hymn Najjaśniejszej i Nieustającej Rzeczypospolitej. No niestety od pierwszej klasy minęło trochę czasu, więc koledzy i koleżanki uczniowską zasadą Zakuć Zdać Zapomnieć, są zwolnieni z tego obowiązku. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało po co ten sztandar tak w zasadzie jest? Kolejny ozdobny kawał materiału żeby zająć miejsce w i tak już długim harmonogramie uroczystości... Następnie powitanie wszystkich, występy chóru, wierszyki (o zgrozo!), kwiaty laurki itp. I te prowadzone na rzeź, wie wiedzące co czynią w zupełności pierwszaki. Żebym rok temu wiedział co wiem teraz poważnie zastanowiłbym się nad wyborem podrzędnej szkółki z niewysokim poziomem i siedziałbym sobie tam spokojniutko i cichutko.
W naszym życiu pojawiła się nowa osoba. Kaja, dla przyjaciół Wolska. W tym roku przeniosła się do naszej klasy. Jej ojciec jest jednym z dyrektorów głównych Gampicku, sieci sklepów w całej Polsce z gazetami, książkami, kawiarniami. Jeździ po całym kraju i sprawdza zgodność z jakimiś standardami, kontroluje projekty budowlane, wysyła tzw. tajemniczy klientów do sprawdzenia efektywności itp. Istny misz masz. Matka oczywiście nie pracuje, lecz zajmuje się domem. Ja nie wiem co ona tam robi, bo sprzątaczka sprząta, kucharz gotuje, a jeszcze inne pani i na pewno pasjonująco brzmiącym zawodzie zajmuje się rachunkami, zakupami, dokumentami itp. Tak, ale ona bardzo zajmuje się domem... Jednym słowem Wolska sra pieniędzmi! Ubrania z Mediolanów, Paryżów, Londynów, Nowych Jorków i nie wiem jeszcze skąd. Dziewczyna o pięknych poglądach, że facet nie musi być mądry, inteligentny, lecz przystojny i modnie ubrany.
Nie jest jakąś pustą lalą z dobrego domu, bo inteligencją i dużą wiedzą nie grzeszy, ale zaradnie życiowa to ona w życiu nie jest!
-Już my ją nauczymy życia!- powiedziała Nowicka na powitanie i w tym właśnie momencie zacząłem martwić się o przyszłe losy koleżanki. Jak Nowicka się kimś zajmie to nie ma...
poniedziałek, 31 maja 2010
Demokracja sterowana? Gdzieżby!
Mój wychowawca- Pani Pulchniutka (o zgrozo!) wybrała mnie i Owcę (większe o zgrozo!) do jakiejś debaty politycznej na temat wyborów prezydenckich z radnymi i władzami miasta. Wszyscy oczywiście oficjalnie, pod krawatami. Przygotowane były już dla nas miejsca z nazwiskami, a nie wspomniałem! Na koniec miało być głosowanie młodzieży na co my byśmy głosowali, w sensie która partia jest zdaniem młodzieży najlepsza.
Młodzi ludzie siedzieli przy stolikach i od razu było widać kto z której szkoły jest. Zawodówki i technika (nie obrażając oczywiście nikogo) na luzie do całej sytuacji, w dżinsach i białych t-shirtach. Tzw. "gorsze" Ogólniaki w garniturach, ale też nie za bardzo przejęci sytuacją. Natomiast słynna i "najlepsza" Siedemnastka, reprezentowana przez kolegów z wielkimi czuprynami na głowie, okrągłych okularach i wystającymi przednimi zębami, powtarzał skrzętnie wcześniej otrzymane przemówienie i rozmawiał (o zgrozo!) na temat reakcji wodorotlenkowej w reakcji z azotanem (XII) wapnia spolaryzowanego w warunkach destylacji jonowej.
Wcześniej dostaliśmy karteczki z "naszym" zdaniem i stanowiskiem. Młodzież pięknie się wypowiadali, niektórzy nawet nie pofatygowali się by nauczyć się "swojego" zdania i pompatycznie mówiła co to nie politycy, radni, prezydenci i kto tam jeszcze, nie robią dla młodych ludzi. Że przecież te wszystkie imprezy kulturalne, teatry, kina, orliki to zasługa Prawa i Sojuszu Demokratycznego... Co myśmy bez nich? Miód na mą duszę! nagle wstał i przerwał mu bezczelnie, bo tak wynikało ze scenariusza, że teraz ona ma przerwać- członek partii Platforma Sprawiedliwości i opowiedział, że to ich zasługa te Skate parki i eventy, i lepsza sytuacja w szkołach, i akcje charytatywne i... Wszystko oczywiście odbywało się według wszelkich standardów: "Czy mogę zabrać głos?"(choć i tak wiadomo, bo wszyscy umieją czytać, że teraz tej pani w zielonym kolej), "Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?" (wtedy nagle zaskakująco wypowiedzieć się chce Pan w Jasnym Garniturze, przecież on miał tak zaskakująco się wypowiedzieć akurat w tym miejscu!)
Nieoczekiwanie (nieoczekiwanie, bo w ścisłym scenariuszu absolutnie swobodnej i nieustawianej dyskusji tego nie było) obudził się jak z zimowego snu pewien polityk z Tupecikiem, już nawet nie wiem jakiej partii i powiedział, że chce zabrać głos. Odmówić mu tego nie mogli, bo przecież dyskusja była otwarta, ale Pani Prowadząca wertowała jakieś kartki i uporczywie szukała gdzie jest zapis, ze to jego kolej. Tu trzeba już kończyć i przechodzić do najważniejszego punktu, a on dupę zawraca!
-Proszę, oczywiście.- odpowiedziała pani prowadząca ze "szczerym" uśmiechem, a w oczach miała żądze mordu.
-Dziękuję pani. Ja chciałem powiedzieć coś bardzo ważnego! Otóż...
I przez kolejne 24 minuty i 48 sekund poważny, mężczyzna z Tupecikiem usiłował przekazać wszystkim o podłożeniu przez konkurencyjną partię jakiejś bomby i dokonania zamachu. Później przewinęła się jakaś korupcja, jakieś 1000 złotych za jakieś szyny kolejowe. Nie potrafię powiedzieć o co chodziło, bo przy około 5 minucie odleciałem w wir rysunku i arcydzieł na otrzymanych dokumentach. Później obserwowałem bezcenne miny ważnych person naszego miasta, dłubanie w nosie prezydenta, czy chrapanie pana przewodniczącego rady miasta. Żądza mordu Pani Prowadzącej rosła.
Kiedy mężczyzna z Tupecikiem powiedział "Dziękuję za wysłuchanie", sala zawrzała brawami, uśmieszkami, przewodniczący się nagle ocknął, prezydent wyprostował i spoważniał, a Pani Prowadząca odetchnęła z ulgą.
-Tak więc jeśli to już wszyscy, przejdźmy do głosowania- i tu groźni wzrok Pani Prowadzącej przeleciał wszystkich, proszący by nikt nie zrobił czegoś niezgodnie ze scenariuszem.
Nastąpiła krótka przerwa na przygotowania kart i czas do agitacji. Rożni ludzie podchodzili do stolików młodych i wręczali nam przepiękne, wypchane gadżedzikami torby, piękne zdjęcia i wizytówki z zapewnieniem, że jeśli tylko będzie jakiś problem to oni... Panowie i panie chyba nie wiedzieli, że my już mamy wyrobione, a raczej wypisane "nasze" zdanie.
Każdy otrzymał karteczkę ze swoim nazwiskiem (o zgrozo, bo miało być anonimowo!) i jako podsumowanie debaty miał zaznaczyć, oczywiście według informacji, którą wcześniej dostaliśmy. Ja miałem napisane tak:
WYBÓR- Partia Lewica Obrony
STANOWISKO- Ta partia jest najlepsza, popierać i chwalić wszystkie dokonania i wypowiedzi polityków tej partii.
Młodzież była chyba na tyle "kumata" (kocham kolokwializmy!), a przynajmniej jej znaczna część, że w porę się opamiętała i zaprzestała tej farsy, dając temu wyraz w głosowaniu. Pani Prowadząca z entuzjazmem otworzyła kopertę i wraz z odczytywaniem kolejnych wyników głosowania jej entuzjazm spadał, a uśmiech na twarzy znikał. Wyniki przedstawiały się następująco:
Partia PLATFORMA SPRAWIEDLIWOŚCI- 1 głos
Partia PRAWO I SOJUSZ DEMOKRATYCZNY- 1 głos
Partia LEWICA OBRONY- 1 głos
WSTRZYMANYCH- 43 głosy
Zażenowana Pani Prowadząca z nieopuszczającym jej twarzy uśmiechem pośpiesznie zamknęła dyskusje i podziękowała za przybycie. Młodzież wybuchnęła śmiechem, a politycy byli zawiedzeni i zmieszani ty, że impreza, którą mogliby się pochwalić w mediach nie wyszła.
Do domu wróciłem obładowany papierowymi torbami, bogatszy o koszulki, smycze, długopisy, programy polityczne i ogólny zarys obłudnej polityki w naszym kraju.
Młodzi ludzie siedzieli przy stolikach i od razu było widać kto z której szkoły jest. Zawodówki i technika (nie obrażając oczywiście nikogo) na luzie do całej sytuacji, w dżinsach i białych t-shirtach. Tzw. "gorsze" Ogólniaki w garniturach, ale też nie za bardzo przejęci sytuacją. Natomiast słynna i "najlepsza" Siedemnastka, reprezentowana przez kolegów z wielkimi czuprynami na głowie, okrągłych okularach i wystającymi przednimi zębami, powtarzał skrzętnie wcześniej otrzymane przemówienie i rozmawiał (o zgrozo!) na temat reakcji wodorotlenkowej w reakcji z azotanem (XII) wapnia spolaryzowanego w warunkach destylacji jonowej.
Wcześniej dostaliśmy karteczki z "naszym" zdaniem i stanowiskiem. Młodzież pięknie się wypowiadali, niektórzy nawet nie pofatygowali się by nauczyć się "swojego" zdania i pompatycznie mówiła co to nie politycy, radni, prezydenci i kto tam jeszcze, nie robią dla młodych ludzi. Że przecież te wszystkie imprezy kulturalne, teatry, kina, orliki to zasługa Prawa i Sojuszu Demokratycznego... Co myśmy bez nich? Miód na mą duszę! nagle wstał i przerwał mu bezczelnie, bo tak wynikało ze scenariusza, że teraz ona ma przerwać- członek partii Platforma Sprawiedliwości i opowiedział, że to ich zasługa te Skate parki i eventy, i lepsza sytuacja w szkołach, i akcje charytatywne i... Wszystko oczywiście odbywało się według wszelkich standardów: "Czy mogę zabrać głos?"(choć i tak wiadomo, bo wszyscy umieją czytać, że teraz tej pani w zielonym kolej), "Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?" (wtedy nagle zaskakująco wypowiedzieć się chce Pan w Jasnym Garniturze, przecież on miał tak zaskakująco się wypowiedzieć akurat w tym miejscu!)
Nieoczekiwanie (nieoczekiwanie, bo w ścisłym scenariuszu absolutnie swobodnej i nieustawianej dyskusji tego nie było) obudził się jak z zimowego snu pewien polityk z Tupecikiem, już nawet nie wiem jakiej partii i powiedział, że chce zabrać głos. Odmówić mu tego nie mogli, bo przecież dyskusja była otwarta, ale Pani Prowadząca wertowała jakieś kartki i uporczywie szukała gdzie jest zapis, ze to jego kolej. Tu trzeba już kończyć i przechodzić do najważniejszego punktu, a on dupę zawraca!
-Proszę, oczywiście.- odpowiedziała pani prowadząca ze "szczerym" uśmiechem, a w oczach miała żądze mordu.
-Dziękuję pani. Ja chciałem powiedzieć coś bardzo ważnego! Otóż...
I przez kolejne 24 minuty i 48 sekund poważny, mężczyzna z Tupecikiem usiłował przekazać wszystkim o podłożeniu przez konkurencyjną partię jakiejś bomby i dokonania zamachu. Później przewinęła się jakaś korupcja, jakieś 1000 złotych za jakieś szyny kolejowe. Nie potrafię powiedzieć o co chodziło, bo przy około 5 minucie odleciałem w wir rysunku i arcydzieł na otrzymanych dokumentach. Później obserwowałem bezcenne miny ważnych person naszego miasta, dłubanie w nosie prezydenta, czy chrapanie pana przewodniczącego rady miasta. Żądza mordu Pani Prowadzącej rosła.
Kiedy mężczyzna z Tupecikiem powiedział "Dziękuję za wysłuchanie", sala zawrzała brawami, uśmieszkami, przewodniczący się nagle ocknął, prezydent wyprostował i spoważniał, a Pani Prowadząca odetchnęła z ulgą.
-Tak więc jeśli to już wszyscy, przejdźmy do głosowania- i tu groźni wzrok Pani Prowadzącej przeleciał wszystkich, proszący by nikt nie zrobił czegoś niezgodnie ze scenariuszem.
Nastąpiła krótka przerwa na przygotowania kart i czas do agitacji. Rożni ludzie podchodzili do stolików młodych i wręczali nam przepiękne, wypchane gadżedzikami torby, piękne zdjęcia i wizytówki z zapewnieniem, że jeśli tylko będzie jakiś problem to oni... Panowie i panie chyba nie wiedzieli, że my już mamy wyrobione, a raczej wypisane "nasze" zdanie.
Każdy otrzymał karteczkę ze swoim nazwiskiem (o zgrozo, bo miało być anonimowo!) i jako podsumowanie debaty miał zaznaczyć, oczywiście według informacji, którą wcześniej dostaliśmy. Ja miałem napisane tak:
WYBÓR- Partia Lewica Obrony
STANOWISKO- Ta partia jest najlepsza, popierać i chwalić wszystkie dokonania i wypowiedzi polityków tej partii.
Młodzież była chyba na tyle "kumata" (kocham kolokwializmy!), a przynajmniej jej znaczna część, że w porę się opamiętała i zaprzestała tej farsy, dając temu wyraz w głosowaniu. Pani Prowadząca z entuzjazmem otworzyła kopertę i wraz z odczytywaniem kolejnych wyników głosowania jej entuzjazm spadał, a uśmiech na twarzy znikał. Wyniki przedstawiały się następująco:
Partia PLATFORMA SPRAWIEDLIWOŚCI- 1 głos
Partia PRAWO I SOJUSZ DEMOKRATYCZNY- 1 głos
Partia LEWICA OBRONY- 1 głos
WSTRZYMANYCH- 43 głosy
Zażenowana Pani Prowadząca z nieopuszczającym jej twarzy uśmiechem pośpiesznie zamknęła dyskusje i podziękowała za przybycie. Młodzież wybuchnęła śmiechem, a politycy byli zawiedzeni i zmieszani ty, że impreza, którą mogliby się pochwalić w mediach nie wyszła.
Do domu wróciłem obładowany papierowymi torbami, bogatszy o koszulki, smycze, długopisy, programy polityczne i ogólny zarys obłudnej polityki w naszym kraju.
niedziela, 23 maja 2010
KIBOLE
Nowicka niedawno wygadała nam swoje dziwne niespełnione marzenie. Mianowicie zawsze chciała pójść na prawdziwy mecz piłki nożnej. Poczuć te uniesienia, emocje, ducha walki. Czy ona jest normalna?
Razem z Zuzą postanowiliśmy spełnić to marzenie i z okazji jej urodzin udać się wspólnie na mecz MKS Hutnik vs. GKS Stodoła. Chcieliśmy, żeby była to fajna przygoda dla nas wszystkich, więc przygotowań było dużo. W pierwszym etapie trzeba było nauczyć się wielu bardzo ambitnych i skomplikowanych okrzyków kibiców. Ku mojemu zdziwieniu fora i specjalne strony pękają w szwach. jak się okazało koledzy, którzy rzadko pojawiają się w szkole układają tak niepojęte w swej wymowie i głębi poematy, których nie powstydziła by się podejrzewam nawet sam Sienkiewicz, czy Szymborska. Na przykład: My z Hutnikiem się nie damy, do Stodoły się nie schowamy! Kolejnym punktem przygotowań był zakup niepowtarzalnego szalika i innych gadżecików. Przyjrzeliśmy wiele sklepów, ale jak nas zapewniali na oficjalnej stronie Hutnika, tylko tam znajdują się oryginalne produkty. Można było kupić dosłownie wszystko. Począwszy od majtek, przez kurtki, po sztućce z logiem. Nie mogłem przeboleć, że to wszystko tak drogo kosztuje, ale czego się w końcu nie robi dla niezapomnianej przygody.
Wreszcie przyszedł ten oczekiwany od dawien dawna dzień meczu. Sobotnie południe, pogoda w sam raz. Pod stadionem tłoczy się duża grupa kibiców. Podjeżdżają dwa duże autokary. Ludzie biegną w ich stronę, licząc na to, ze zdobędą autografy swoich piłkarskich idoli, bądź chociaż będą mogli opływać w ich blasku. Niestety. Z autokarów wysiedli uzbrojeni po zęby funkcjonariusze policji. Było ich chyba więcej niż kibuców i graczy razem wziętych. Zajęli pozycje strategiczne na samym stadionie, w okół niego i na trybunach. Wtedy uruchomiono kasy i bramki się otworzyły. Zajęliśmy miejsca oczywiście kibiców Hutnika owinięci twarzowymi pomarańczowo-czarnymi szalikami. Przed nami na podeście stanął MASTER klubu kibiców z megafonem i przez cały mecz przewodniczył okrzykom. Kiedy mecz się zaczął targały nami takie emocje, jakich sobie nigdy nie wyobrażałem. Krzyki, fale meksykańskie i inne kombinacje alpejskie Nowicka z Zuzą były w siódmym niebie! Kiedy "naszym" ktoś strzelił bramkę wzniecane było zbiorowe "buuuu" i "Nie poddamy się, o nie, o nie, o nie!", natomiast kiedy "nasi" strzelili gola, słychać było tylko: "Brawo Hutnik, brawo!".
Podczas przerwy ktoś coś do kogoś krzyknął, później inny ktoś odkrzyknął, potem ktoś rzucił butelką i ktoś odrzucił puszką, no i tak właśnie zaczęła się kłótnia. Zupełnie nie wiem w jaki sposób w zamieszaniu i bójce wzięła ku mojemu zdziwieniu kochana Nowicka. Policja rzuciła się na biorących udział w bójce, czyli jakichś 15 napakowanych, łysych kibiców Stodoły i Nowicką wraz z 2 napakowanymi kibicami Hutnika. Chyba nie muszę tłumaczyć jak owy incydent się zakończył? Nowicka z hukiem została wyrzucona z hukiem ze stadionu. Chcieli jej jeszcze wypisać mandat, ale cudem wybroniłem, że ma urodziny itp. Nowicka jeszcze długo się miotała i rzucała 'rwami.
Mecz miał być niezapomnianą przygodą i niewątpliwie taką się stał!
Razem z Zuzą postanowiliśmy spełnić to marzenie i z okazji jej urodzin udać się wspólnie na mecz MKS Hutnik vs. GKS Stodoła. Chcieliśmy, żeby była to fajna przygoda dla nas wszystkich, więc przygotowań było dużo. W pierwszym etapie trzeba było nauczyć się wielu bardzo ambitnych i skomplikowanych okrzyków kibiców. Ku mojemu zdziwieniu fora i specjalne strony pękają w szwach. jak się okazało koledzy, którzy rzadko pojawiają się w szkole układają tak niepojęte w swej wymowie i głębi poematy, których nie powstydziła by się podejrzewam nawet sam Sienkiewicz, czy Szymborska. Na przykład: My z Hutnikiem się nie damy, do Stodoły się nie schowamy! Kolejnym punktem przygotowań był zakup niepowtarzalnego szalika i innych gadżecików. Przyjrzeliśmy wiele sklepów, ale jak nas zapewniali na oficjalnej stronie Hutnika, tylko tam znajdują się oryginalne produkty. Można było kupić dosłownie wszystko. Począwszy od majtek, przez kurtki, po sztućce z logiem. Nie mogłem przeboleć, że to wszystko tak drogo kosztuje, ale czego się w końcu nie robi dla niezapomnianej przygody.
Wreszcie przyszedł ten oczekiwany od dawien dawna dzień meczu. Sobotnie południe, pogoda w sam raz. Pod stadionem tłoczy się duża grupa kibiców. Podjeżdżają dwa duże autokary. Ludzie biegną w ich stronę, licząc na to, ze zdobędą autografy swoich piłkarskich idoli, bądź chociaż będą mogli opływać w ich blasku. Niestety. Z autokarów wysiedli uzbrojeni po zęby funkcjonariusze policji. Było ich chyba więcej niż kibuców i graczy razem wziętych. Zajęli pozycje strategiczne na samym stadionie, w okół niego i na trybunach. Wtedy uruchomiono kasy i bramki się otworzyły. Zajęliśmy miejsca oczywiście kibiców Hutnika owinięci twarzowymi pomarańczowo-czarnymi szalikami. Przed nami na podeście stanął MASTER klubu kibiców z megafonem i przez cały mecz przewodniczył okrzykom. Kiedy mecz się zaczął targały nami takie emocje, jakich sobie nigdy nie wyobrażałem. Krzyki, fale meksykańskie i inne kombinacje alpejskie Nowicka z Zuzą były w siódmym niebie! Kiedy "naszym" ktoś strzelił bramkę wzniecane było zbiorowe "buuuu" i "Nie poddamy się, o nie, o nie, o nie!", natomiast kiedy "nasi" strzelili gola, słychać było tylko: "Brawo Hutnik, brawo!".
Podczas przerwy ktoś coś do kogoś krzyknął, później inny ktoś odkrzyknął, potem ktoś rzucił butelką i ktoś odrzucił puszką, no i tak właśnie zaczęła się kłótnia. Zupełnie nie wiem w jaki sposób w zamieszaniu i bójce wzięła ku mojemu zdziwieniu kochana Nowicka. Policja rzuciła się na biorących udział w bójce, czyli jakichś 15 napakowanych, łysych kibiców Stodoły i Nowicką wraz z 2 napakowanymi kibicami Hutnika. Chyba nie muszę tłumaczyć jak owy incydent się zakończył? Nowicka z hukiem została wyrzucona z hukiem ze stadionu. Chcieli jej jeszcze wypisać mandat, ale cudem wybroniłem, że ma urodziny itp. Nowicka jeszcze długo się miotała i rzucała 'rwami.
Mecz miał być niezapomnianą przygodą i niewątpliwie taką się stał!
sobota, 8 maja 2010
Podsumowanie półwiecza
Tato został zwolniony z pracy dokładnie dzień przed jego 50-tymi urodzinami! Imprezę urodzinową postanowił przygotować samodzielnie.
Rozgoryczony ojciec uniósł się męską dumą i postanowił znaleźć jakieś twórcze i dochodowe zajęcie. Zainteresował się polityką, postanowił, ze zostanie prezydentem Polski. Niestety nie udało mu się zebrać przepisowych sto tysięcy podpisów. Zajął się więc gotowaniem i chciał nawet napisać książkę kucharską, ale nie znalazł tyle ciekawych przepisów. Chciał już zdawać do Szkoły Teatralnej, ale bardzo grzecznie Pani w sekretariacie powiedziała mu, że jest w "nieświeżym wieku".
-Ja? Jak to w nieświeżym wieku?! Jestem jak najbardziej świeży! Skąd mogą to wiedzieć czy nie jestem urodzonym aktorem, jak nawet nie dali mi szans. A Konrada czy tam innego by od razu przyjęli! To tak już jest w naszym kraju wszystko po znajomości!
A co mu miała kobiecina biedna powiedzieć? Że za stary jest?!
Jak nie książka kucharska, to może ckliwe romansidło dla kobiet? Po przeczytaniu, rodzina uznała, że na komedię by się nadawało, jednak pech chciał, że żadne wydawnictwo nie chciało tego wydać.
-Ja zupełnie nie wiem, dlaczego każde wydawnictwo odrzuciło moją powieść?! Zupełnie się nie znają! Przecież to byłby bestseller!
Matka stara się go wspierać, nawet wyszukuje mu różne oferty, ale ojciec się jeszcze bardziej złości.
-Czyś ty zwariowała?! Czy ty sądzisz, że ja nie znam swojej godności? Mam smażyć kurczaki w McDonald, ja w moim wieku? Nie umniejszając nikomu tam pracującemu, ja z moim doświadczeniem nadaję się tylko i wyłącznie na stanowisko kierownicze.
W dniu 50-tki w "lekkim" stanie upojenia. Staruszek postanowił podsumować swoje życie. Doszedł do przykrego wniosku, że zupełnie do niczego w życiu nie doszedł. Że do niczego się nie nadaje, nie skończył żadnych studiów i nie pojechał w wymarzoną podróż. Po 100000 zapewnieniach, że jest zupełnie odwrotnie, że ma rodzinę, zonę, miłość, a na podróż jeszcze czas, oddał się czynnością pisarskim i przygnębiony katastrofą w Smoleńsku, napisał testament.
-A bo to wiadomo co człowieka w życiu spotka? Widzicie mięli tacy wszystko czego tylko chcieli i trach! Wszystko skończone. A potem kłopot z majątkiem. Ja chcę wszystko dokładnie spisać, żeby było jasne.
Ojciec chce "odbudować na nowo" Polskę i jak z prezydenturą kraju mu nie wyszło, chce startować (na razie!) do władz lokalnych. Także zachęcam, zachęcam. Ręczę za niego. Pomysłów mu nie brakuje!
Wczoraj słyszę przeraźliwe:
-Tato!!!!!! Tato!!!! On jest ogromny i przeraźliwy.... ogromny i... i przeraźliwy pająk w moim pokoju!- krzyczy Kacper.
Ojciec podniósł się szybko z fotela, chwycił gazetę i ruszył na pomoc by wybawić mojego młodszego brata. Kacper przerażony stał w rogu. Tato wbiegł do pokoju i już miał tego pająka... kiedy nagle wpadła matka.
-Czyś ty do reszty zdurniał?- zwróciła się jakże miło i uprzejmie moja rodzicielka do młodszej latorośli naszego rodu.- Wołasz ojca żeby zabił pająka? Ty chcesz żebyśmy musieli całą ścianę w lecie malowali?
Matka zabrała ostrożnie pająka i wypuściła przez okno. Ojciec zrezygnowany wrócił do pokoju i zrezygnowany osiadł na fotelu oddając się poprzedniej czynności, którą kocha nade wszystko, czyli oglądaniu telewizji.
I jak tu on ma się czuć dowartościowany i potrzebny?
Rozgoryczony ojciec uniósł się męską dumą i postanowił znaleźć jakieś twórcze i dochodowe zajęcie. Zainteresował się polityką, postanowił, ze zostanie prezydentem Polski. Niestety nie udało mu się zebrać przepisowych sto tysięcy podpisów. Zajął się więc gotowaniem i chciał nawet napisać książkę kucharską, ale nie znalazł tyle ciekawych przepisów. Chciał już zdawać do Szkoły Teatralnej, ale bardzo grzecznie Pani w sekretariacie powiedziała mu, że jest w "nieświeżym wieku".
-Ja? Jak to w nieświeżym wieku?! Jestem jak najbardziej świeży! Skąd mogą to wiedzieć czy nie jestem urodzonym aktorem, jak nawet nie dali mi szans. A Konrada czy tam innego by od razu przyjęli! To tak już jest w naszym kraju wszystko po znajomości!
A co mu miała kobiecina biedna powiedzieć? Że za stary jest?!
Jak nie książka kucharska, to może ckliwe romansidło dla kobiet? Po przeczytaniu, rodzina uznała, że na komedię by się nadawało, jednak pech chciał, że żadne wydawnictwo nie chciało tego wydać.
-Ja zupełnie nie wiem, dlaczego każde wydawnictwo odrzuciło moją powieść?! Zupełnie się nie znają! Przecież to byłby bestseller!
Matka stara się go wspierać, nawet wyszukuje mu różne oferty, ale ojciec się jeszcze bardziej złości.
-Czyś ty zwariowała?! Czy ty sądzisz, że ja nie znam swojej godności? Mam smażyć kurczaki w McDonald, ja w moim wieku? Nie umniejszając nikomu tam pracującemu, ja z moim doświadczeniem nadaję się tylko i wyłącznie na stanowisko kierownicze.
W dniu 50-tki w "lekkim" stanie upojenia. Staruszek postanowił podsumować swoje życie. Doszedł do przykrego wniosku, że zupełnie do niczego w życiu nie doszedł. Że do niczego się nie nadaje, nie skończył żadnych studiów i nie pojechał w wymarzoną podróż. Po 100000 zapewnieniach, że jest zupełnie odwrotnie, że ma rodzinę, zonę, miłość, a na podróż jeszcze czas, oddał się czynnością pisarskim i przygnębiony katastrofą w Smoleńsku, napisał testament.
-A bo to wiadomo co człowieka w życiu spotka? Widzicie mięli tacy wszystko czego tylko chcieli i trach! Wszystko skończone. A potem kłopot z majątkiem. Ja chcę wszystko dokładnie spisać, żeby było jasne.
Ojciec chce "odbudować na nowo" Polskę i jak z prezydenturą kraju mu nie wyszło, chce startować (na razie!) do władz lokalnych. Także zachęcam, zachęcam. Ręczę za niego. Pomysłów mu nie brakuje!
Wczoraj słyszę przeraźliwe:
-Tato!!!!!! Tato!!!! On jest ogromny i przeraźliwy.... ogromny i... i przeraźliwy pająk w moim pokoju!- krzyczy Kacper.
Ojciec podniósł się szybko z fotela, chwycił gazetę i ruszył na pomoc by wybawić mojego młodszego brata. Kacper przerażony stał w rogu. Tato wbiegł do pokoju i już miał tego pająka... kiedy nagle wpadła matka.
-Czyś ty do reszty zdurniał?- zwróciła się jakże miło i uprzejmie moja rodzicielka do młodszej latorośli naszego rodu.- Wołasz ojca żeby zabił pająka? Ty chcesz żebyśmy musieli całą ścianę w lecie malowali?
Matka zabrała ostrożnie pająka i wypuściła przez okno. Ojciec zrezygnowany wrócił do pokoju i zrezygnowany osiadł na fotelu oddając się poprzedniej czynności, którą kocha nade wszystko, czyli oglądaniu telewizji.
I jak tu on ma się czuć dowartościowany i potrzebny?
wtorek, 30 marca 2010
Chemiczny dizajn
Nadeszła nareszcie upragniona i wyczekiwana od miesięcy wycieczka klasowa..., o przepraszam hucznie i pompatycznie nazwana "obozem matematyczno-polonistycznym". Jednym słowem 4 godziny polskiego i 4 godziny matematyki dziennie na zmianę dla urozmaicenia. Pod koniec myślałem, że zabiję tego Miłosza i tą Szymborską, za to, że w ogóle napisali tyle wierszy i teraz trzeba je do cholery jasnej interpretować. Wydaję mi się, że gdyby Tales z Pitagorasem żyli, mogliby się zacząć oczekiwać bliskiego kresu swej ziemskiej pielgrzymki (ależ mi się mądrze powiedziało!).
To miały byś spokojne trzy dni spędzone w naukowej atmosferze z miłością i harmonią w tle. Hucznie nazwany "obóz" odbył się w jakimś Podpizdowie Małym, gdzie za przeproszeniem psy dupami szczekały, a jedyny sklep z promieniu 10000000000 km był czynny od wtorku do piątku od 10 do 14.
Pierwszej nocy wszyscy zachowywali pozory. Nikt przecież nie wiedział na ile może sobie pozwolić. Nauczycielki bardzo wcześnie poszły spać, nam radząc to samo, zaszywając się w maleńkim pokoiku na samej, samej górze "hotelu". Ku szczęściu i uciesze Nowickiej i Zuzy przypadł im zaszczyt dzielenia jednej przestrzeni pokojowej i łazienki z Owcą, która od razu po wieczornych zajęciach z historii teatru umyła się, przebrała w piżamę i w łóżku czytała jakże pasjonujący i bardzo ciekawy "Potop". I tak właśnie mile, a nawet bardzo mile rzec by się chciało minął czwartek.
Cały dzień piątkowy przygotowywaliśmy się do spektaklu na zajęciach z polskiego i obliczaliśmy jakieś cosinusy, kotangensy i kto wie co jeszcze. Pod wieczór sytuacja z nauczycielkami się powtórzyła. Wybiła 23, a one potulnie i grzecznie udały się na sam szczyt hotelu. Już każdy wiedział na ile może sobie pozwolić, więc ta noc należała do nas. Trunki różnej maści i różnego pochodzenia lały się strumieniami. Po niektórych osobach w życiu bym się tego nie spodziewał! Owca jak na prawdziwego baranka przystało położyła się spać z kurami i dokończyła opasły wolumen. Na korytarzu cisza i spokój, natomiast w pokojach działy się różne rozpusty, szczerze mówiąc o wynikach niektórych przekonamy się za 9 miesięcy... Około 3 nad ranem wszedłem do pokoju Zuzy, Owcy i Nowickiej, a tam prawdziwa lekcja chemii. Nowicka stoi przy ścianie i pisze markerem jakieś równanie chemiczne, a Zuza wpatrzona jak w obrazek siedzi na łóżku.
-A mogę wiedzieć co się tu dzieje?- spytałem, bo myślałem, ze już mnie nic nie zdziwi, a jednak!
-Czy chemia nie jest piękna? Te pierwiastki, liczby i w ogóle. A Nowicka niech liczy tak pięknie jej to wychodzi.
-Ale... ale... ale to wszystko jest takie proste!- odparła ze łzami w oczach Nowicka- Ja to chyba na bio-chem się przeniosę!
No to się właściciele hotelu ucieszą z nowego dizajnu naściennego. Kolejną godzinę zajęło mi wytłumaczenie, ze koniec lekcji i czas spać.
Rano, rzecz jasna mało kto co pamiętał. Na ostatnich zajęciach jedni podpierali drugich, albo wyglądali "jak przez okno". Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, ze przez samym wyjazdem polonistka nie weszła do pokoju dziewcząt i nie ujrzała owoców nocnej pracy Nowickiej i nie zobaczyła 20 (!) pustych butelek po płynach różnej maści wynoszonych po kryjomu przez kolegów z klasy.
-Myślałam, że można wam zaufać! Taka porządna młodzież i to w jakim elitarnym liceum?! O konsekwencjach państwa czynów chyba nie muszę wspominać? Policzymy się w szkole.
Pomimo, że wszyscy jak jeden mąż okazali skruchę, trzeba było zapłacić za zniszczenia ściany (powinni być wdzięczni, ze unowocześniliśmy im hotel!) i trzeba było posprzątać wszystkie gumy spod szkolnych ławek.
Pomimo tak okrutnej kary, było warte zachodu, a my już wyczekujemy kolejnej wycieczki!
To miały byś spokojne trzy dni spędzone w naukowej atmosferze z miłością i harmonią w tle. Hucznie nazwany "obóz" odbył się w jakimś Podpizdowie Małym, gdzie za przeproszeniem psy dupami szczekały, a jedyny sklep z promieniu 10000000000 km był czynny od wtorku do piątku od 10 do 14.
Pierwszej nocy wszyscy zachowywali pozory. Nikt przecież nie wiedział na ile może sobie pozwolić. Nauczycielki bardzo wcześnie poszły spać, nam radząc to samo, zaszywając się w maleńkim pokoiku na samej, samej górze "hotelu". Ku szczęściu i uciesze Nowickiej i Zuzy przypadł im zaszczyt dzielenia jednej przestrzeni pokojowej i łazienki z Owcą, która od razu po wieczornych zajęciach z historii teatru umyła się, przebrała w piżamę i w łóżku czytała jakże pasjonujący i bardzo ciekawy "Potop". I tak właśnie mile, a nawet bardzo mile rzec by się chciało minął czwartek.
Cały dzień piątkowy przygotowywaliśmy się do spektaklu na zajęciach z polskiego i obliczaliśmy jakieś cosinusy, kotangensy i kto wie co jeszcze. Pod wieczór sytuacja z nauczycielkami się powtórzyła. Wybiła 23, a one potulnie i grzecznie udały się na sam szczyt hotelu. Już każdy wiedział na ile może sobie pozwolić, więc ta noc należała do nas. Trunki różnej maści i różnego pochodzenia lały się strumieniami. Po niektórych osobach w życiu bym się tego nie spodziewał! Owca jak na prawdziwego baranka przystało położyła się spać z kurami i dokończyła opasły wolumen. Na korytarzu cisza i spokój, natomiast w pokojach działy się różne rozpusty, szczerze mówiąc o wynikach niektórych przekonamy się za 9 miesięcy... Około 3 nad ranem wszedłem do pokoju Zuzy, Owcy i Nowickiej, a tam prawdziwa lekcja chemii. Nowicka stoi przy ścianie i pisze markerem jakieś równanie chemiczne, a Zuza wpatrzona jak w obrazek siedzi na łóżku.
-A mogę wiedzieć co się tu dzieje?- spytałem, bo myślałem, ze już mnie nic nie zdziwi, a jednak!
-Czy chemia nie jest piękna? Te pierwiastki, liczby i w ogóle. A Nowicka niech liczy tak pięknie jej to wychodzi.
-Ale... ale... ale to wszystko jest takie proste!- odparła ze łzami w oczach Nowicka- Ja to chyba na bio-chem się przeniosę!
No to się właściciele hotelu ucieszą z nowego dizajnu naściennego. Kolejną godzinę zajęło mi wytłumaczenie, ze koniec lekcji i czas spać.
Rano, rzecz jasna mało kto co pamiętał. Na ostatnich zajęciach jedni podpierali drugich, albo wyglądali "jak przez okno". Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, ze przez samym wyjazdem polonistka nie weszła do pokoju dziewcząt i nie ujrzała owoców nocnej pracy Nowickiej i nie zobaczyła 20 (!) pustych butelek po płynach różnej maści wynoszonych po kryjomu przez kolegów z klasy.
-Myślałam, że można wam zaufać! Taka porządna młodzież i to w jakim elitarnym liceum?! O konsekwencjach państwa czynów chyba nie muszę wspominać? Policzymy się w szkole.
Pomimo, że wszyscy jak jeden mąż okazali skruchę, trzeba było zapłacić za zniszczenia ściany (powinni być wdzięczni, ze unowocześniliśmy im hotel!) i trzeba było posprzątać wszystkie gumy spod szkolnych ławek.
Pomimo tak okrutnej kary, było warte zachodu, a my już wyczekujemy kolejnej wycieczki!
niedziela, 17 stycznia 2010
Humaniści za dychę!
Postanowiłem, że chyba nigdy w życiu nie zostanę polonistą!
Jest piątek, 8:00. Lekcja języka polskiego. Wszyscy odliczają minuty do końca tego najkoszmarniejszego pełnego zgrozy sprawdzianów, kartkówek i odpowiedzi tygodnia. Nauczycielka od początku lekcji wystawiała oceny, więc my "grzecznie" zajmowaliśmy się samymi sobą. Nagle Owca podniosła rękę w celu zapytania o coś na pewno głupiego i niedorzecznego.
-Czy ja mogę zgłosić się do odpowiedzi z inwokacji?- czy ona nie może trzymać języka za zębami? Jak zaraz do niej wstanę to...
-A to ja was z tego nie pytałam?
-No nie, dlatego się zgłaszam na ochotnika- rzekła Owca nadęta dumą zadzierając swój orli nos do góry.
-No to w takim razie zanim wystawię wam stopnie popytamy się z inwokacji do "Pana Tadeusza". Jacyś chętni?- Ręka Owcy znowu wystrzeliła wysoko w górę, a sama zrobiła błagalną minę.- Ktoś jeszcze? Może...- i tu ta chwila niepewności i próśb do Boga "tylko niech nie bierze mnie!"-...może panna Nowicka.
-Niestety nie miałam możliwości nauczenia się bo...- Nowicka próbowała nieudolnie się wytłumaczyć.
-Nie interesuje mnie dlaczego się pani nie nauczyła.- powiedziała bardzo spokojnie polonistka nie dając się zdenerwować.- Proszę usiąść. W takim razie zapraszam... pana Derkacza.
Blade poty mnie oblały. Na śmierć zapomniałem o tej inwokacji. No jak Nowickiej się udało to może ja też się jakoś wytłumaczę? Spróbuję to załatwić dyplomatycznie.
-No ja także muszę z wielkim smutkiem stwierdzić, ze nie umiem.
Kobieta wstała, zdjęła okulary i zrobiła groźną minę.
-Klaso pierwsza b na czele z panem Derkaczem i panną Nowicką! Czy państwo sobie wyobrażają, że bezkarnie się nie będą uczyć na mój przedmiot, a ja będę to pobłażała? To wy znacie takie słowa jak pipa, dupa, cycki, a inwokacji do "Pana Tadeusza nie znacie? To jest polska młodzież? Humaniści za dychę! Co to to nie moi państwo!
-Ale pani profesor...- Nowicka próbowała uratować sytuację, ale nie koniecznie jej wychodziło.
-czy ty moja panno masz czelność jeszcze ze mną rozmawiać? Ja nie mam najmniejszego zamiaru, bo nie jest panna w takim razie na moim poziomie intelektualnym! Zejdźcie mi oboje z oczu, najlepiej opuście klasę.
-Ale...
-Wyjdź!
Nie trzeba było nam długo powtarzać. Opuściliśmy salę i zamknęliśmy za sobą drzwi.
Nawiasem mówiąc to nie wiedziałem, że w toalecie męskiej podczas lekcji jest tyle osób. Jedni siedzą na umywalkach i o czymś dyskutują, drudzy grają na podłodze w karty, a jeszcze inni w kącie palą papierosy. Otworzyłem pierwszą z brzegu wolną kabinę, a w środku ku mojemu zdziwieniu siedziało na toalecie dwóch chłopaków chyba z trzeciej klasy i namiętnie się całowali. Jeden z nich spostrzegł mnie i jak gdyby nigdy nic powiedział:
-Jak chcesz to się możesz przyłączyć!- stanąłem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć.
-Nie dzięki, może innym razem.- odparłem zupełnie zaskoczony.
-Nie ma sprawy. Jak będziesz chciał to wal jak w dym.
-Spoko.- I zamknąłem drzwi nie chcą przeszkadzać już kolegom więcej.
Wiedziałem, że moja szkoła jest nad wyraz tolerancyjną i, że chodzą tu różne indywidua, ale nigdy do tej pory aż tak tego nie doświadczyłem.
Jest piątek, 8:00. Lekcja języka polskiego. Wszyscy odliczają minuty do końca tego najkoszmarniejszego pełnego zgrozy sprawdzianów, kartkówek i odpowiedzi tygodnia. Nauczycielka od początku lekcji wystawiała oceny, więc my "grzecznie" zajmowaliśmy się samymi sobą. Nagle Owca podniosła rękę w celu zapytania o coś na pewno głupiego i niedorzecznego.
-Czy ja mogę zgłosić się do odpowiedzi z inwokacji?- czy ona nie może trzymać języka za zębami? Jak zaraz do niej wstanę to...
-A to ja was z tego nie pytałam?
-No nie, dlatego się zgłaszam na ochotnika- rzekła Owca nadęta dumą zadzierając swój orli nos do góry.
-No to w takim razie zanim wystawię wam stopnie popytamy się z inwokacji do "Pana Tadeusza". Jacyś chętni?- Ręka Owcy znowu wystrzeliła wysoko w górę, a sama zrobiła błagalną minę.- Ktoś jeszcze? Może...- i tu ta chwila niepewności i próśb do Boga "tylko niech nie bierze mnie!"-...może panna Nowicka.
-Niestety nie miałam możliwości nauczenia się bo...- Nowicka próbowała nieudolnie się wytłumaczyć.
-Nie interesuje mnie dlaczego się pani nie nauczyła.- powiedziała bardzo spokojnie polonistka nie dając się zdenerwować.- Proszę usiąść. W takim razie zapraszam... pana Derkacza.
Blade poty mnie oblały. Na śmierć zapomniałem o tej inwokacji. No jak Nowickiej się udało to może ja też się jakoś wytłumaczę? Spróbuję to załatwić dyplomatycznie.
-No ja także muszę z wielkim smutkiem stwierdzić, ze nie umiem.
Kobieta wstała, zdjęła okulary i zrobiła groźną minę.
-Klaso pierwsza b na czele z panem Derkaczem i panną Nowicką! Czy państwo sobie wyobrażają, że bezkarnie się nie będą uczyć na mój przedmiot, a ja będę to pobłażała? To wy znacie takie słowa jak pipa, dupa, cycki, a inwokacji do "Pana Tadeusza nie znacie? To jest polska młodzież? Humaniści za dychę! Co to to nie moi państwo!
-Ale pani profesor...- Nowicka próbowała uratować sytuację, ale nie koniecznie jej wychodziło.
-czy ty moja panno masz czelność jeszcze ze mną rozmawiać? Ja nie mam najmniejszego zamiaru, bo nie jest panna w takim razie na moim poziomie intelektualnym! Zejdźcie mi oboje z oczu, najlepiej opuście klasę.
-Ale...
-Wyjdź!
Nie trzeba było nam długo powtarzać. Opuściliśmy salę i zamknęliśmy za sobą drzwi.
Nawiasem mówiąc to nie wiedziałem, że w toalecie męskiej podczas lekcji jest tyle osób. Jedni siedzą na umywalkach i o czymś dyskutują, drudzy grają na podłodze w karty, a jeszcze inni w kącie palą papierosy. Otworzyłem pierwszą z brzegu wolną kabinę, a w środku ku mojemu zdziwieniu siedziało na toalecie dwóch chłopaków chyba z trzeciej klasy i namiętnie się całowali. Jeden z nich spostrzegł mnie i jak gdyby nigdy nic powiedział:
-Jak chcesz to się możesz przyłączyć!- stanąłem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć.
-Nie dzięki, może innym razem.- odparłem zupełnie zaskoczony.
-Nie ma sprawy. Jak będziesz chciał to wal jak w dym.
-Spoko.- I zamknąłem drzwi nie chcą przeszkadzać już kolegom więcej.
Wiedziałem, że moja szkoła jest nad wyraz tolerancyjną i, że chodzą tu różne indywidua, ale nigdy do tej pory aż tak tego nie doświadczyłem.
niedziela, 3 stycznia 2010
Zupełnie niespodziewana impreza sylwestrowa
Plany na Sylwestra? Zapowiadał się rewelacyjnie! Dostałem zaproszenie by spędzić do ze swoimi znajomymi Markiem i jego dziewczyną, na miłym maratoniku filmowym przy lampce sampana, a tuż po obejrzeniu fajerwerków o 24:01 zmyć się grzecznie do domku i pójść spać jak przykładny licealista. Zuza poszła w towarzystwie Barnaby na imprezę z ludźmi z muzycznej, no a Nowicka? Przyjęła oczywiście zaproszenie Tomka na techno party do "Eight" i kupiwszy nowe białe kozaczki, bielutką jak śnieg mini-sukienkę z wielkim dekoltem i wystrzałową konstrukcją przypominającą trochę Wieżę Eiffla na głowie oddała się sylwestrowej nocy. Moi rodzice razem z Marka rodzicami bawili się na wsi na jakimś hucznie zwanym "balu pokoleń", na który nas namawiali. Chociaż w uczestnictwo moich rodzicieli wątpiłem, bo mama wylewała od godziny 7:00 łzy, że wszystkie kreacje, które kupiła na ten wieczór nie są dość atrakcyjne i modne. Cóż miał począć mój biedny ojciec, któremu współczuje, ze wybrał los u boku mej rodzicielki. Wsiadł w samochód i objechali wszystkie butiki, galerie, targi, sklepy, sklepiki, by znaleźć tą najbardziej odpowiednią! Przyjechali około godziny 14 obładowany torbami, głody, zmarznięci i zdziwieni, że nie ugotowaliśmy z Kacprem obiadu. Mama nadal rozpaczała, bo uznała, że i tak nic z tego nie się nadaje. Wzięła stertę ubrań i poleciała do znajomej krawcowej by je przerobić. Z obiadem na szczęście na ratunek przybyła babcia, która zabrała Kacpra na noc do siebie. Rodzicielka wpadła tylko zjadła w locie trzy pierogi, wcisnęła się w kreację i pobiegła nałożyć jakiś tam make-up, bo zostało dokładnie 11 min. do przyjazdu rodziców Marka. Przed wyjściem pokłócili się jeszcze jakieś 25 razy, mama 19 razy powiedziała, ze nie jedzie i wreszcie wyszli!
Wszystko szło po mojej myśli. Kilka filmów, które oglądałem praktycznie tylko w towarzystwie koleżanki brata siostry znajomej dziewczyny Marka, która przyszła by ją ze mną zeswatano, co się w rezultacie nie udało, a mój kolega z kobietą swego życia w pokoju obok konsumowali swą miłość. O północy wyszliśmy przed budynek i z lampką szampana, oglądając sztuczne ognie witaliśmy Nowy Rok, życząc mi, wszyscy jak jeden mąż (nie wiedzieć czemu, jakby cholera mi była potrzebna) "fajnej dziewczyny". Zbierałem się już do domu, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pokazał mi się numer Zuzy. Słychać było jeden wrzask:
-Halo, Derkacz? Jesteś tam?
-Tak jestem!- również krzyknąłem coby koleżanka mnie usłyszała.
-Przestań mi się cholera wydzierać do ucha, bo rozmawiam przez telefon pacanie! Nie to nie do ciebie. Gdzie jesteś?
-U kolegi koło mnie. A co chcesz mi osobiście złożyć życzenia?
-Nie piernicz głupot tylko podaj adres i wychodź przed dom, zaraz będę tam taksówką!
-Coś się stało?- spytałem zaniepokojony.
-Nie, to znaczy tak, to znaczy nie wiem! Opowiem ci jak się spotkamy!
Stałem przed blokiem przebierając nogami z zimna i głowiąc się co się stało. Może Zuza pokłóciła się z Barnabą? Tylko dlaczego jedzie do mnie, przecież w takiej sytuacji to Nowicka pomoże, a nie ja! W końcu przyjechała.
-Dzwoniła przed chwilą Nowicka i... Pod klub "Eight" proszę!- dała znać taksówkarzowi, który natychmiast ruszył- i wypłakała mi tylko do słuchawki, czy mogę po nią przyjechać, bo ona nie wie co ma ze sobą zrobić, ani gdzie pójść. Po glosie poznałam, że jest trochę zalana. ja od razu mówiłem, żeby tam nie szła! Na pewno ten Tomek ją zgwałcił i teraz... Matko Boska, będę ciotką! No i kto będzie tego bachora bawił? Oczywiście, ze ja!
-Zuza nie nakręcaj się! A do "Eight" sama ją namawiałaś!
-Ja?! Bluźnisz!
Jechaliśmy już w ciszy do końca. Po wyjściu z taksówki zobaczyłem zapłakaną Nowicką siedzącą na ławeczce pod klubem z tymi wszystkimi bajerami na sobie. Zuza od razu podbiegła i zaczęła pytać co się stało.
-Ten Tomek to cholerny dupek! Dzięki, że przyjechaliście! Przepraszam, zepsułam wam Sylwestra!
-Nie, przestań Nowicka. Ja i tak nie robiłem nic ciekawego. Mów lepiej co się stało. mam gdzieś dzwonić, czy go znaleźć i pobić?- poczułem się do męskiego obowiązku, choć wiedziałem, że nie wygram z 20-letnim bydlakiem.
-dzięki, ale się obędzie. Bo to było tak- opowiadała Nowicka mocno szlochając.- na początku świetnie się bawiliśmy. Jeden, drugi, trzeci drink, taniec, przytulanie...
-Co zgwałcił cie? Od początku tak czułam, wiedziałam! A to palant...- Zuza się bardzo przejęła.
-Daj mi skończyć! Spotkaliśmy moje koleżanki i kolegów Tomka. Usiedliśmy przy jednym stoliku, no i od razu jakoś tak, ze połączyliśmy się w takie parki.jedni tańczyli, drudzy rozmawiali, a trzeci od razu przeszli do rzeczy. Poszłam z taką Karoliną na papierosa na zewnątrz i zobaczyłam jak on się tam obściskuje z taką jedną. Podeszłam, wymierzyłam mu policzek, rzuciłam wiązankę niecenzuralnych słów i wybiegłam do toalety. On poszedł za mną. Tłumaczył, ze ona nic nie znaczy, zaczął przytulać i całować. Pomyślałam, że może rzeczywiście to nic nie znaczyło i, że mu wybaczę. Powiedziałam, że się nie gniewam, a on zaczął mnie całować po całym ciele, włożył mi rękę pod bluzkę i zaczął ją rozpinać. Odepchnęłam go i zapytałam co robi. On na to, że oboje tego chcemy i żebym nie udawała. Więc uciekłam z tamtąd i zadzwoniłam do Zuzy!
Zuzę najwidoczniej zamurowało, bo po chwili zdołała tylko wykrztusić:
-A mówiłam ci nie pal! Jakbyś nie wyszła na papierosa nic by się nie stało!
-Przestań ją dołować! Jedziemy do mnie. Dom pusty, rodzice wracają po południu. mam jakieś wino, coś zjemy i pogadamy. Co wy na to?
Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do mnie. Noc zupełnie nieplanowana spędzona bardzo mile. Zjedliśmy mrożoną pizzę, obejrzeliśmy horror, który okazał się komedią, a około 5 rano weszliśmy na chat "Sex po 50-tce" i nickiem "pochwa_zycia" podniecaliśmy napalonych, starych zboczuchów.
-Ty a jak tam twoja impreza Zuza?- pytała ciekawska Nowicka.
-W sumie? Za ciekawie nie było. W jednym końcu sali upijali się w trupa, a w drugim końcu, tym naszym, było raczej spokojnie i drętwo. Raczej nikt nie tańczył. Barnaba z kolegami i koleżankami wymieniali spostrzeżenia na temat akordów, Bacha, flażoletów i gam, a ja się trochę czułam jak piąte koło u wozu. Wściekł się, że zostawiam go tam samego dla Nowickiej, ale w spokoju bez duszy na ramieniu mógł się oddawać interesującym i ciekawym rozmową- wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy.
Jakie musiało być zdziwienie mojej mamy, kiedy weszła do pokoju o 13 i zobaczyła mnie śpiącego w otoczeniu dwóch koleżanek.
Zupełnie niespodziewana impreza wyszła świetnie. Uznaliśmy, ze przyszłego Sylwestra spędzimy bez żadnych Barnab, Tomków, muzyków, klubów i swatek, tylko we trójkę.
Wszystko szło po mojej myśli. Kilka filmów, które oglądałem praktycznie tylko w towarzystwie koleżanki brata siostry znajomej dziewczyny Marka, która przyszła by ją ze mną zeswatano, co się w rezultacie nie udało, a mój kolega z kobietą swego życia w pokoju obok konsumowali swą miłość. O północy wyszliśmy przed budynek i z lampką szampana, oglądając sztuczne ognie witaliśmy Nowy Rok, życząc mi, wszyscy jak jeden mąż (nie wiedzieć czemu, jakby cholera mi była potrzebna) "fajnej dziewczyny". Zbierałem się już do domu, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pokazał mi się numer Zuzy. Słychać było jeden wrzask:
-Halo, Derkacz? Jesteś tam?
-Tak jestem!- również krzyknąłem coby koleżanka mnie usłyszała.
-Przestań mi się cholera wydzierać do ucha, bo rozmawiam przez telefon pacanie! Nie to nie do ciebie. Gdzie jesteś?
-U kolegi koło mnie. A co chcesz mi osobiście złożyć życzenia?
-Nie piernicz głupot tylko podaj adres i wychodź przed dom, zaraz będę tam taksówką!
-Coś się stało?- spytałem zaniepokojony.
-Nie, to znaczy tak, to znaczy nie wiem! Opowiem ci jak się spotkamy!
Stałem przed blokiem przebierając nogami z zimna i głowiąc się co się stało. Może Zuza pokłóciła się z Barnabą? Tylko dlaczego jedzie do mnie, przecież w takiej sytuacji to Nowicka pomoże, a nie ja! W końcu przyjechała.
-Dzwoniła przed chwilą Nowicka i... Pod klub "Eight" proszę!- dała znać taksówkarzowi, który natychmiast ruszył- i wypłakała mi tylko do słuchawki, czy mogę po nią przyjechać, bo ona nie wie co ma ze sobą zrobić, ani gdzie pójść. Po glosie poznałam, że jest trochę zalana. ja od razu mówiłem, żeby tam nie szła! Na pewno ten Tomek ją zgwałcił i teraz... Matko Boska, będę ciotką! No i kto będzie tego bachora bawił? Oczywiście, ze ja!
-Zuza nie nakręcaj się! A do "Eight" sama ją namawiałaś!
-Ja?! Bluźnisz!
Jechaliśmy już w ciszy do końca. Po wyjściu z taksówki zobaczyłem zapłakaną Nowicką siedzącą na ławeczce pod klubem z tymi wszystkimi bajerami na sobie. Zuza od razu podbiegła i zaczęła pytać co się stało.
-Ten Tomek to cholerny dupek! Dzięki, że przyjechaliście! Przepraszam, zepsułam wam Sylwestra!
-Nie, przestań Nowicka. Ja i tak nie robiłem nic ciekawego. Mów lepiej co się stało. mam gdzieś dzwonić, czy go znaleźć i pobić?- poczułem się do męskiego obowiązku, choć wiedziałem, że nie wygram z 20-letnim bydlakiem.
-dzięki, ale się obędzie. Bo to było tak- opowiadała Nowicka mocno szlochając.- na początku świetnie się bawiliśmy. Jeden, drugi, trzeci drink, taniec, przytulanie...
-Co zgwałcił cie? Od początku tak czułam, wiedziałam! A to palant...- Zuza się bardzo przejęła.
-Daj mi skończyć! Spotkaliśmy moje koleżanki i kolegów Tomka. Usiedliśmy przy jednym stoliku, no i od razu jakoś tak, ze połączyliśmy się w takie parki.jedni tańczyli, drudzy rozmawiali, a trzeci od razu przeszli do rzeczy. Poszłam z taką Karoliną na papierosa na zewnątrz i zobaczyłam jak on się tam obściskuje z taką jedną. Podeszłam, wymierzyłam mu policzek, rzuciłam wiązankę niecenzuralnych słów i wybiegłam do toalety. On poszedł za mną. Tłumaczył, ze ona nic nie znaczy, zaczął przytulać i całować. Pomyślałam, że może rzeczywiście to nic nie znaczyło i, że mu wybaczę. Powiedziałam, że się nie gniewam, a on zaczął mnie całować po całym ciele, włożył mi rękę pod bluzkę i zaczął ją rozpinać. Odepchnęłam go i zapytałam co robi. On na to, że oboje tego chcemy i żebym nie udawała. Więc uciekłam z tamtąd i zadzwoniłam do Zuzy!
Zuzę najwidoczniej zamurowało, bo po chwili zdołała tylko wykrztusić:
-A mówiłam ci nie pal! Jakbyś nie wyszła na papierosa nic by się nie stało!
-Przestań ją dołować! Jedziemy do mnie. Dom pusty, rodzice wracają po południu. mam jakieś wino, coś zjemy i pogadamy. Co wy na to?
Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do mnie. Noc zupełnie nieplanowana spędzona bardzo mile. Zjedliśmy mrożoną pizzę, obejrzeliśmy horror, który okazał się komedią, a około 5 rano weszliśmy na chat "Sex po 50-tce" i nickiem "pochwa_zycia" podniecaliśmy napalonych, starych zboczuchów.
-Ty a jak tam twoja impreza Zuza?- pytała ciekawska Nowicka.
-W sumie? Za ciekawie nie było. W jednym końcu sali upijali się w trupa, a w drugim końcu, tym naszym, było raczej spokojnie i drętwo. Raczej nikt nie tańczył. Barnaba z kolegami i koleżankami wymieniali spostrzeżenia na temat akordów, Bacha, flażoletów i gam, a ja się trochę czułam jak piąte koło u wozu. Wściekł się, że zostawiam go tam samego dla Nowickiej, ale w spokoju bez duszy na ramieniu mógł się oddawać interesującym i ciekawym rozmową- wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy.
Jakie musiało być zdziwienie mojej mamy, kiedy weszła do pokoju o 13 i zobaczyła mnie śpiącego w otoczeniu dwóch koleżanek.
Zupełnie niespodziewana impreza wyszła świetnie. Uznaliśmy, ze przyszłego Sylwestra spędzimy bez żadnych Barnab, Tomków, muzyków, klubów i swatek, tylko we trójkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
