wtorek, 30 marca 2010

Chemiczny dizajn

Nadeszła nareszcie upragniona i wyczekiwana od miesięcy wycieczka klasowa..., o przepraszam hucznie i pompatycznie nazwana "obozem matematyczno-polonistycznym". Jednym słowem 4 godziny polskiego i 4 godziny matematyki dziennie na zmianę dla urozmaicenia. Pod koniec myślałem, że zabiję tego Miłosza i tą Szymborską, za to, że w ogóle napisali tyle wierszy i teraz trzeba je do cholery jasnej interpretować. Wydaję mi się, że gdyby Tales z Pitagorasem żyli, mogliby się zacząć oczekiwać bliskiego kresu swej ziemskiej pielgrzymki (ależ mi się mądrze powiedziało!).
To miały byś spokojne trzy dni spędzone w naukowej atmosferze z miłością i harmonią w tle. Hucznie nazwany "obóz" odbył się w jakimś Podpizdowie Małym, gdzie za przeproszeniem psy dupami szczekały, a jedyny sklep z promieniu 10000000000 km był czynny od wtorku do piątku od 10 do 14.
Pierwszej nocy wszyscy zachowywali pozory. Nikt przecież nie wiedział na ile może sobie pozwolić. Nauczycielki bardzo wcześnie poszły spać, nam radząc to samo, zaszywając się w maleńkim pokoiku na samej, samej górze "hotelu". Ku szczęściu i uciesze Nowickiej i Zuzy przypadł im zaszczyt dzielenia jednej przestrzeni pokojowej i łazienki z Owcą, która od razu po wieczornych zajęciach z historii teatru umyła się, przebrała w piżamę i w łóżku czytała jakże pasjonujący i bardzo ciekawy "Potop". I tak właśnie mile, a nawet bardzo mile rzec by się chciało minął czwartek.
Cały dzień piątkowy przygotowywaliśmy się do spektaklu na zajęciach z polskiego i obliczaliśmy jakieś cosinusy, kotangensy i kto wie co jeszcze. Pod wieczór sytuacja z nauczycielkami się powtórzyła. Wybiła 23, a one potulnie i grzecznie udały się na sam szczyt hotelu. Już każdy wiedział na ile może sobie pozwolić, więc ta noc należała do nas. Trunki różnej maści i różnego pochodzenia lały się strumieniami. Po niektórych osobach w życiu bym się tego nie spodziewał! Owca jak na prawdziwego baranka przystało położyła się spać z kurami i dokończyła opasły wolumen. Na korytarzu cisza i spokój, natomiast w pokojach działy się różne rozpusty, szczerze mówiąc o wynikach niektórych przekonamy się za 9 miesięcy... Około 3 nad ranem wszedłem do pokoju Zuzy, Owcy i Nowickiej, a tam prawdziwa lekcja chemii. Nowicka stoi przy ścianie i pisze markerem jakieś równanie chemiczne, a Zuza wpatrzona jak w obrazek siedzi na łóżku.
-A mogę wiedzieć co się tu dzieje?- spytałem, bo myślałem, ze już mnie nic nie zdziwi, a jednak!
-Czy chemia nie jest piękna? Te pierwiastki, liczby i w ogóle. A Nowicka niech liczy tak pięknie jej to wychodzi.
-Ale... ale... ale to wszystko jest takie proste!- odparła ze łzami w oczach Nowicka- Ja to chyba na bio-chem się przeniosę!
No to się właściciele hotelu ucieszą z nowego dizajnu naściennego. Kolejną godzinę zajęło mi wytłumaczenie, ze koniec lekcji i czas spać.
Rano, rzecz jasna mało kto co pamiętał. Na ostatnich zajęciach jedni podpierali drugich, albo wyglądali "jak przez okno". Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, ze przez samym wyjazdem polonistka nie weszła do pokoju dziewcząt i nie ujrzała owoców nocnej pracy Nowickiej i nie zobaczyła 20 (!) pustych butelek po płynach różnej maści wynoszonych po kryjomu przez kolegów z klasy.
-Myślałam, że można wam zaufać! Taka porządna młodzież i to w jakim elitarnym liceum?! O konsekwencjach państwa czynów chyba nie muszę wspominać? Policzymy się w szkole.
Pomimo, że wszyscy jak jeden mąż okazali skruchę, trzeba było zapłacić za zniszczenia ściany (powinni być wdzięczni, ze unowocześniliśmy im hotel!) i trzeba było posprzątać wszystkie gumy spod szkolnych ławek.
Pomimo tak okrutnej kary, było warte zachodu, a my już wyczekujemy kolejnej wycieczki!

2 komentarze:

  1. Fajne, może być. Aczkolwiek zauważyłem pewne błędy i nieścisłości ortograficzne. Dałbym takie... 3/5. :D
    D.M

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba oszalała! BIOLCHEM jest dla pomylenców - takich jak ja xD
    wycieczki szkolne są super xD

    OdpowiedzUsuń